sobota, 1 września 2018

Etap IV 31.08.2018 r. Poddąbie - Stilo ( 54 km )

Dzień zaczął się od niewielkiego deszczu, który napędził mi jednak stracha. Wkrótce się wypogodziło, do Rowów miałem około półtorej godziny drogi, do tych Rowów które sobie ustanowiłem tak ambitnym celem, aby w trzecim sztychu je zdobyć. Następnie odwiedziłem "Czerwoną Szopę", tam się posiliłem i napiłem, i pomaszerowałem w kierunku Łeby. Przez całą drogę miałem bardzo silny wiatr w plecy, ale powierzchnia plaży nie pozwoliła do końca wykorzystać tego atutu. Do Łeby dotarłem po dwudziestej drugiej, zrobiłem wieczorne zakupy i pomaszerowałem dalej. Dramat rozpoczął się w okolicach tak zwanej Stajni Stilo przy wejściu nr 53. Jak zapewne uważni czytelnicy się domyślają chodzi o napady senności. Już się mszczą zbyt krótkie noce przeznaczone na sen który trwa średnio około cztery godziny i konsekwencją są tego typu problemy. Senność była tak wszechogarniająca, że dwa razy zaliczyłem upadek na glebę. Niby to piasek, miękki i bezpieczny, ale można tak niefortunnie upaść, że można sobie coś złamać. Powiedziałem sobie że do trzech razy sztuki nie będzie i rozejrzałem się za miejscem w którym mógłbym rozbić namiot. Tym miejscem były okolice 169 km, a więc około 2 km bliżej niż wtedy kiedy ustanawiałem swój rekord.

piątek, 31 sierpnia 2018

Etap III 30.08.2018 r. Dąbki - Poddąbie ( 57 km)

Trzeci dzień wyprawy również nie przyniósł przełomu. Poruszam się mniej więcej w tempie w jakim dwa lata temu w czerwcu ustanowiłem własny rekord życiowy trasy. Pogodę należy uznać za sprzyjającą, pomyślne wiatry w plecy, stan plaży w Łazach i Darłówku zupełnie inny niż zwykle. Stwierdziłem, że na prawej stopie uaktywnił się bolak. Przyczaił się on jednak w takim miejscu między paluchem a śródstopiem, że nie sprawia mi bólu, a nawet poczucia dyskomfortu. Chyba nic z nim nie będę robił.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Etap II 29.08.2018 r. Dźwirzyno - Dąbki (60 km)

Każdy kto pokonał kiedykolwiek plażą odcinek Łazy - Dąbkowice, lub odwrotnie, wie jaka to mordęga. Plaża na całej szerokości jest kopna, a przy linii przyboju, gdzie z reguły jest twardo, tu jest grząsko. Idąc człowiek ma wrażenie jakby buksował w miejscu. I tu Neptun postanowił sprawić mi niespodziankę, która polegała na tym, że tym razem nie poznałem tej plaży. Wyruszyłem z Łazów krótko po północy. Morze przypominało jezioro, zero wiatru oraz fal. I ta plaża zupełnie nie do poznania. Przemknąłem przez  te około pięć kilometrów nie zauważając tego, tak lekko się szło. Oby tak dalej.

środa, 29 sierpnia 2018

Etap I 28.08.2018 r. Świnoujście - Dźwirzyno (84 km)

Start o godzinie 6:22 spod przeprawy promowej w Świnoujściu. Meta o godzinie, 2:50 cztery kilometry przed Kołobrzegiem. Nie będę się rozpisywał o rzeczach, o których już wielokrotnie pisałem przy okazji poprzednich edycji moich wypraw. W następnych tekstach ograniczę się do podania najważniejszych danych i ewentualnie takich wydarzeń, a szersze omówienie nastąpi już po zakończeniu całej wyprawy. Dodam, że jako ważne wydarzenie tego pierwszego dnia, uważam brak bolaków (nie licząc pęcherza u nasady palca wskazującego prawej ręki).

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

W czerwcu nie wyszło, może sierpień okaże się łaskawszy

Jestem mocno zdegustowany czerwcową wyprawą. Po mocnym początku, dalej było już tylko gorzej. W jako takim czasie dotarłem do połowy trasy i zmuszony byłem wywiesić białą flagę,
pokonany przez mojego prześladowcę, którym już od kilku lat jest pęcherz pojawiający się to na lewej, to na prawej stopie. Tym razem było mu łatwiej mnie zgnębić, jako że trwała fala dokuczliwych upałów. Do Helu dotarłem częściowo pieszo, częściowo samochodem, korzystając z uprzejmości przejeżdżających kierowców.
Postanowiłem ponowić próbę pod koniec sierpnia. Będzie chłodniej, a zatem łatwiej. Poza tym niebagatelne znaczenie ma pewna okoliczność logistyczna. Mianowicie przed sezonem odcinek Rowy - Łeba jest gastronomiczną pustynią. 34 km pustej plaży. Wprawdzie 12 km za Rowami, tuż za wydmami znajduje się bar zwany Czerwoną Szopą, ale otwierany był on  ostatnio dopiero w połowie czerwca, gdy ja już wracałem do domu. Założyłem sobie ambitnie, że trzeci etap zakończę za Rowami, a będą to późnonocne godziny, więc gdyby nie ta Szopa musiałbym zaopatrzyć się w prowiant, a zwłaszcza w napoje już w Ustce i musiałbym taszczyć z 5 kg dodatkowego bagażu przez blisko 50 km. A tak, po dwóch godzinach marszu od obozowiska, będę mógł opić się i najeść w tejże Szopie i pomknąć dalej właściwie nawodniony i zaopatrzony aż  do samej Łeby.
Tak to sobie sprytnie wykombinowałem. Wyruszam we wtorek, tj. 28. sierpnia rano, nie bez obaw przed moim prześladowcą, ale i pełen nadziei.

środa, 6 czerwca 2018

Etap VI 04.06.2018r Władysławowo - Hel (36 km)

Tomek, mój podwózca, zaproponował mi podwózkę do Władka. Skwapliwie skorzystałem z jego propozycji i po 21. byłem już w Helu.

Etap V 03.06.2018r. przedpola Łeby - Lubiatowo - 34 km

Dzień bez historii, pogoda trzyma. Dotarłem do plaży w Lubiatowie. Tam zapytałem o nocleg w
jedynym tutejszym ośrodku. Usłyszałem cenę 140 zł.
Uśmiechnąłem się i skorzystałem z podwózki obwoźnego sprzedawcy pościeli. W wiosce Lubiatowo wynająłem pokój za 7 dych.

niedziela, 3 czerwca 2018

Etap IV 02.06.2018 r. Orzechowo - przedpola Łeby (32 km)

Upał trzyma. Było tak prawie do zachodu słońca. Wtedy zapadła gęsta mgła, która pokryła wszystko warstwą wilgoci. Okazało się, że moja czołówka reklamowana jako wodoszczelna nie sprostała tej wysokiej wilgotności. Dwa razy mrugnęło i zasygnalizowała rozładowanie akumulatorków. Sytuacja stawała się nieciekawa. W ciemnościach i we mgle, bez oświetlenia iść dalej nie było sposób. Kolejne próby uruchomienia czołówki zaowocowały jakimś dziwnym superoszczędnościowym  trybem oświetlenia, które było raczej oświetleniem ostrzegawczym i niewiele było przy nim widać. Obawiając się, że w końcu latarka się wyłączy i będę miał w perspektywie kilkunastokilometrowy marsz w ciemnościach zdecydowałem się awaryjnie rozbić biwak dopóki jeszcze miałem oświetlenie, Zamysł zrealizowałem i jak się później okazało, było to 8,5 km przed Łebą.

sobota, 2 czerwca 2018

Etap III 01.06.2018 r. Kanał Szczuczy - Naćmierz oraz Ustka - Orzechowo (28 km)

Dzień rozpoczął się upalnie. W strugach potu minąłem Darłówko i dotarłem do Wicia. Stąd miałem zamiar obejść teren poligonu. Problem polegał na tym, że nie mogłem rozwinąć właściwej prędkości. Uraz pięty powodował, że nie mogłem wydłużyć kroku, a pęcherz z przodu stopy uniemożliwiał właściwe odbicie. Przeszedłem około 5 km asfaltową szosą i zdałem sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Perspektywa kilkudziesięciu tysięcy uderzeń bolącą stopą o twardą nawierzchnię zmroziła mnie mimo panującego upału. Pomyślałem - trudno, trzeba podwinąć kitę. Zdecydowałem się na podwózkę. O dziwo, już druga próba zaowocowała sukcesem. Do Ustki podwiozło mnie młode małżeństwo z dwumiesięczną Klaudią. Przed naszym przyjazdem przez Ustkę przetoczyła się nawałnica, ale nas już przywitało słońce. Z Ustki udałem się pod Orzechowo i tam spędziłem noc.

piątek, 1 czerwca 2018

Etap II 31.05.2018 r. Dźwirzyno - Kanał Szczuczy (59 km)

Dzień nie wyróżnił się niczym szczególnym. Pogoda w zasadzie dobra, czasem za gorąco, czasem zbyt chłodno, chłodny zwłaszcza był wieczór. Dotarłem mniej więcej tam gdzie zamierzałem, ale zbyt późno. Planowałem się położyć w okolicach godziny dwunastej, no pierwszej, a wyszło jak zwykle, czyli w okolicach godziny trzeciej. Jednak cud o którym pisałem nie nastąpił. Tragedii nie ma, ale sytuacja z wolna się pogarsza, idę coraz wolniej. Jutro czeka mnie trudny odcinek - przejście naokoło usteckiego poligonu. To będzie duże wyzwanie dla mojej kontuzjowanej stopy, ponieważ tego typu kontuzje nie lubią kontaktu z twardym podłożem, a czeka mnie ponad 30 km asfaltowymi szosami.

czwartek, 31 maja 2018

Etap I 30.05.2018 r. Świnoujście - Dźwirzyno (84 km)

Pierwszy dzień wyprawy przebiegł konwencjonalnie. Dotarłem tam gdzie chciałem, później niż zakładałem, tradycyjnie dorobiłem się pęcherza, tym razem na lewej stopie. Jest i novum: mianowicie odbiłem sobie lewą piętę. Tego nie miałem już dawno. Obkleiłem się plastrami żelowymi i czekam na cud. Chociaż ostatnie 24 km które zrobiłem po założeniu opatrunków nie wyglądały źle. Ból był, ale nie tak intensywny, aby znacząco spowalniał marsz. Pogoda sprzyjająca chociaż bardzo zmienna, chwile upalnego słońca przeplatane porywami lodowatego wiatru, trudno się właściwie ubrać. Przepraszam wszystkich moich obecnych i przyszłych znajomych z Facebooka, że nie odpowiadam na bieżąco na komentarze. Wynika to z braku czasu i moich skromnych manualnych umiejętności w obsłudze klawiatury smartfona. To na dzisiaj tyle. Dziękuję za uwagę.

wtorek, 29 maja 2018

I znowu w drogę

Nadszedł czas na kolejną próbę. Pogoda zdaje się sprzyjać. Ma być gorąco, ale mam nadzieję, że nie mokro. Zeszłoroczna próba zakończyła się fiaskiem z powodu banalnej, acz dokuczliwej kontuzji. Szkoda, bo pogoda była łaskawa.  Dotarłem ledwie za Ustkę i dalej pokuśtykałem do Rowów, gdzie spędziłem dwa dni liżąc rany, a następnie udałem się do Karwi. Tam znowu zaczął dokuczać mi pęcherz (na spodzie stopy), więc teleportowałem się transportem kołowym do Juraty. Tam przenocowałem w okolicy rezydencji Prezydenta RP i 2. czerwca powitał mnie Hel.
Tym razem wyruszam 30. maja rano, znowu jestem dobrej myśli i mam nadzieję ukończyć trasę w regulaminowym czasie. W miarę możliwości będę starał się zamieszczać krótkie omówienia kolejnych pokonywanych przez mnie odcinków.
Dziękuję za uwagę i serdecznie pozdrawiam czytelników niniejszego bloga.

poniedziałek, 29 maja 2017

Etap III 28.05.2017 r. Kanał Szczuczy - Orzechowo (50 km)

To był z pewnością najgorętszy dzień w tym roku. Pochłaniałem hektolitry różnego rodzaju płynów i ciągle było mało. Znad Kanału Szczuczego wyruszyłem o pół do jedenastej. Bolak nie dawał za wygraną i coraz skuteczniej spowalniał mój marsz oraz doprowadzał do coraz częstszych postojów. Zaowocowało to tym, że na teren poligonu wkroczyłem o 19:20 (przypominam, że wcześniej uroiłem sobie zdążyć przed zamknięciem kładki w Ustce - czyli przed 18:15). Wtedy zdałem sobie sprawę, że trzeba powiedzieć dość. Dalsze katowanie się straciło sens, wyniku nie poprawię, a mogę sobie zrobić krzywdę. Każdy krok sprawiał ból, a kroków tych było kilkadziesiąt tysięcy dziennie. Przemaszerowałem jeszcze przez uroczą, pustą (z wyjątkiem jednego wędkarza) plażę poligonu. Do Ustki dotarłem około godziny pierwszej (przed rokiem była to dwudziesta trzecia z minutami). Zakończyłem dzień w lesie pod Orzechowem - jakieś trzy kilometry za Ustką. Postanowiłem nazajutrz wyruszyć do Rowów, tam wynająć na dwa dni jakieś lokum, aby odpocząć, wylizać rany i przetrawić gorycz porażki. W dalszą drogę do Helu udam się w trybie rekreacyjnym. Dziękuję wszystkim za uwagę i słowa wsparcia. Na tym kończą się moje relacje. Szersze omówienie próby oraz tego co było dalej w podsumowaniu które opublikuję po powrocie do domu.

Etap II 27.05.2017 r. Dźwirzyno - Kanał Szczuczy (60 km)

Wczorajsze przedsenne rozważania doprowadziły mnie do wniosku, że dalsza walka będzie miała sens, dopóki będzie szansa na poprawę zeszłorocznego wyniku. Na razie po dwóch etapach wynik jest praktycznie identyczny. Dzisiejszy dzień zaczął się w tym samym miejscu co przed rokiem, skończył się w tym samym miejscu i o tym samym czasie. Gdy kładłem się spać było po czwartej. W ciągu dwóch nocy przespałem więc całe osiem godzin. Muszę powiedzieć, że bolak pod koniec dnia jakby wyluzował. Ostatnie kilometry szło mi się całkiem dobrze, więc jestem dobrej myśli co do dalszych etapów. Pogoda idealna do plażowania, ale do marszu niestety jest za gorąco. Przez cały dzień ostro prażyło słońce, bez chwili wytchnienia. Musiałem poratować się kupując krem do opalania, albowiem pierwszego dnia strzaskałem sobie karczycho oraz górne odnóża. To na razie tyle, dziękuję za uwagę.

sobota, 27 maja 2017

Etap I 26.05.2017 r. Świnoujście - Dźwirzyno (84 km)

Przejdę od razu do sedna. Pierwszy dzień wyprawy został zdominowany przez bolaka. W Pobierowie ból stał się na tyle dotkliwy, że zdecydowałem się zrobić awaryjny postój i zastosować plaster żelowy. Niestety, było już za późno. W Niechorzu przy mocniejszym depnięciu bolak pękł, a właściwie eksplodował. Ból był przepotworny, ale co gorsza wzmiankowana detonacja nie przyniosła ulgi. Ból się nasilił do tego stopnia, że przez kilkanaście minut nie mogłem maszerować. Później jednak sytuacja wróciła do normy, czyli bolało, ale można było iść dalej. Cała ta sytuacja spowodowała, że radość i optymizm które mi towarzyszyły rano uleciały w siną dal. Mimo wszystko wykonałem plan minimalny, chociaż miałem zamiar do zeszłorocznego wyniku dorzucić jeszcze ze trzy kilometry. Ze zrozumiałych względów okazało się to nierealne. Moje ostatnie kilometry pokonywałem niczym Quasimodo, to znaczy: utykając, boleśnie krzywiąc gębę i z garbem plecaka. Położyłem się o godzinie 3:30 i przed zaśnięciem poważnie rozważałem czy dalsza wędrówka ma jeszcze sens. O wynikach tych rozmyślań w jutrzejszej relacji.Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników i obserwatorów.

czwartek, 25 maja 2017

Przez poligon i ustecką kładkę na dokładkę

Będzie krótko. Otrzymałem zgodę Komendanta  na przejście przez teren poligonu w Ustce na konkretny dzień. Jest nim niedziela, 28 dzień maja. To dobra wiadomość, a jest jeszcze i druga. W usteckim porcie uruchomiono obrotową kładkę, która była nieczynna chyba od dwóch lat, co pozwoli przekroczyć ujście Słupi  z marszu po przejściu poligonu, nie wchodząc w głąb lądu. Zagwozdka polega na tym, że poza sezonem kładka czynna jest jedynie do godz. 18:15. Trzeba będzie się ostro sprężać, aby zdążyć przed jej unieruchomieniem. W związku z powyższym wyruszam ze Świnoujścia 26. rano, pełen nadziei na osiągnięcie celu w przepisowym terminie.
Zapraszam do lektury krótkich relacji z wyprawy zamieszczanych na niniejszym blogu i pozdrawiam wszystkich jego czytelników, a także tych nieczytatych :-)

sobota, 20 sierpnia 2016

Etap drugi i ostatni 19.08.2016 r. Dźwirzyno - Kołobrzeg (7 km)

 O 8 rano obudził mnie mój ulubiony odgłos - bębnienie kropel deszczu, opad bynajmniej nie wyglądał na przelotny. Morale od razu siadło, ale skoro się powiedziało a... Po wytarciu kałuż wody  przystąpiłem do pakowania wilgotnych rzeczy do plecaka, nie wychodząc z namiotu. Gdy się z tym uporałem, na jakiś czas przestało padać. Zwinąłem mokry namiot, przytroczyłem go do plecaka, aby do reszty nie zamoczył pozostałych klamotów i udałem się w drogę. Już kilka kilometrów dalej, w Grzybowie, deszcz znowu zaatakował, zmuszając mnie do znalezienia schronienia pod jakąś wiatą.
Gdy deszcz zelżał, ruszyłem dalej. Po drodze uświadomiłem sobie, że poprzedniego wieczoru w Pogorzelicy, podczas wieczornego przepaku, zostawiłem zapasowe wkładki do butów, których używałem zamiennie z oryginalnymi. Postanowiłem uzupełnić tę stratę w Kołobrzegu, udało mi się to w tamtejszej filii "Rossmanna". Po wyjściu ze sklepu uświadomiłem sobie - ku swojemu przerażeniu - że doznałem straty nieporównanie większej. Rano zostawiłem w lesie stelaż od namiotu. Została mi jedynie płachta, która od biedy wystarczyłaby pod warunkiem bezdeszczowej pogody. Dotychczasowe doświadczenia z aurą wykluczały takie rozwiązanie. Gdyby nie był to sezon, mógłbym spróbować iść dalej sypiając po kwaterach, ale po pierwsze - miałbym zapewne trudności z załatwieniem lokum dla jednej osoby na jedną noc na ostatnią chwilę, a poza tym pory o jakich składałem się na spoczynek kompletnie nie odpowiadałyby właścicielom. Alternatywa? Spanie pod namiotową szmatą w strugach deszczu, ale tę już wcześniej odrzuciłem. Powrót do obozowiska w celu odzyskania stelaża był fantasmagorią. Szukałem schronienia nocą, klucząc między krzaczorami, a rano też wykonałem małą rundkę, bo pomyliłem kierunki. Cud chyba tylko sprawiłby, że odnalazłbym ten niesforny stelaż, a powrót do tego miejsca i powrót do Kołobrzegu, nie licząc czasu szukania, to co najmniej 3 godziny. Jakby nie  patrzeć, dalsza droga straciła sens. Postanowiłem wrócić do domu jak niepyszny i wyruszyć pociągiem najpierw do Piasków, później do Helu, a stamtąd już z nowym namiotem wrócić pieszo, ale już bez napinki.

piątek, 19 sierpnia 2016

Etap pierwszy 18.08.2016 r. Świnoujście - Dźwirzyno (84 km)

Dzień rozpoczął się i zakończył deszczem. Po przyjeździe do Świnoujścia musiałem przeczekać obfity deszcz i w związku z tym wyruszyłem pół godziny później niż w czerwcu, tj. o 6:55, gdy deszcz przerodził się w mżawkę. Po kilku km i mżawka ustała, a później na parę godzin wyszło nawet słońce. Szło się nieźle i do Pogorzelicy, gdzie miałem zdeponowany plecak w Domu Gościnnym "U Alicji", dotarłem 20 min. wcześniej niż w czerwcu. Ostatnie 24 km, już z pełnym obciążeniem, były dla mnie drogą przez mękę. Mimo niezłego stanu plaży i sprzyjającego wiatru poruszałem się z prędkością konduktu pogrzebowego i tylko chwilami zmuszałem się do właściwego tempa marszu. Pewien wpływ na to mógł mieć pęcherz, który wybił się na niepodległość, centralnie na podeszwie lewej stopy, przed Dziwnowem i niezbyt entuzjastycznie reagował na specjalistyczne plasterki. Do miejsca dyslokacji, za Dźwirzynem przy parkingu leśnym, zdrożony srodze, dowlokłem się o 4:05.
Gdy zacząłem rozbijać namiot, znów zaczął padać deszcz, który nie odpuścił aż do poranka.

środa, 17 sierpnia 2016

Za ciosem...

Nieoczekiwanie otrzymałem zgodę  Komendanta CPSP na przejście plażą terenu poligonu. Tak czy owak, wybierałem się pieszo do Helu i rutynowo, jak zawsze, wystąpiłem o powyższą zgodę. Ta radosna nowina sprawiła, że postanowiłem pójść za ciosem i po raz kolejny (siódmy, nie licząc falstartu pod koniec maja tego roku) spróbować zmieścić się w magicznych 120 godzinach na słynnej trasie Świnoujście - Hel. Przejście przez poligon oznacza około 4 km mniej dreptania, a biorąc pod uwagę, że w czerwcowej próbie po stu dwudziestu godzinach zostało mi do pokonania tylko 7 km, oznacza to dla mnie istotny handicap. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko kładki w Usteckim porcie, która obecnie jest wyłączona z ruchu z powodu jej niewłaściwej pracy , a wykonawca odmawia wykonania naprawy w ramach gwarancji.

Wyruszam 18 sierpnia po szóstej rano. W Helu mam nadzieję zameldować się we wtorek 23 sierpnia we wczesnych godzinach porannych.  Zapraszam do lektury krótkich notatek  z poszczególnych etapów, zamieszczanych na niniejszym blogu z jednodniowym poślizgiem.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników niniejszego bloga.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Podsumowanie

Tegoroczna wyprawa zaczęła się 30 maja falstartem. Pierwszy odcinek zakończyłem już po 60 km, w Pogorzelicy w rzęsistym deszczu okraszanym piorunami. Tam wynająłem pokój w Domu Gościnnym "U Alicji" i przeczekałem okres niepogody,
Właściwy start miał miejsce 3 czerwca. Tym razem pogoda nie zawiodła. Przez całą drogę towarzyszyło mi słońce, nie spadła ani jedna kropla deszczu, a nawet przeciwny wiatr był moim sprzymierzeńcem, chłodząc moje oblicze. Pierwszy etap mierzył 83 km i zakończył się zgodnie z planem za Dźwirzynem.
Nazajutrz zaplanowałem pokonanie trasy Dźwirzyno - Kanał Szczuczy. Cel został zrealizowany, ale do mety dotarłem zbyt późno, ~ 2 godz. Winowajcą tego  spowolnienia byłe pęcherze, które zaatakowały moje stopy w dniu poprzednim. Owe 2 godziny opóźnienia towarzyszyły mi już do końca, choć chwilami była to godzina, a czasami trzy.
Etap od Kanału Szczuczego do Dębiny, siłą rzeczy również zakończył się zbyt późno, czego konsekwencją był deficyt snu. Przez pierwsze trzy noce kładłem się około wschodu słońca, a wstawałem między ósmą a dziewiątą. Doświadczenie podpowiadało mi, że prędzej czy później to przeciąganie liny z Morfeuszem skończy się źle. Dokonało się to czwartego dnia, a właściwie nocy w pobliżu Stilo.
Już wcześniej tkanki miękkie mojego ciała protestowały , tworząc pęcherze na moich umęczonych stopach, a końcu zaprotestował mózg domagając się snu i tworząc nierealne wizje, które budziły moją grozę. Ten etap musiał zakończyć się wcześniej. Planowałem dojść o 7 km dalej, ale raz - było zbyt późno, a dwa - byłem zbyt zmęczony by iść dalej. Te 7 km przekładały się, mniej więcej, na te dwie godziny straty, która towarzyszyła mi aż do mety.
Tej nocy położyłem się już po wschodzie słońca i wstałem wyraźnie zniechęcony do świata.
Słoneczny poranek, a przede wszystkim stan plaży, który był idealny do marszu aż do początków Władysławowa, przywróciły mi wiarę w sens życia, które - jak wiadomo  - jest drogą.
25 km do Karwi pokonałem w nieco ponad 5 godz., co  natchnęło mnie nadzieją na przyzwoity wynik. Startując, odchudziłem mój ekwipunek o znoszony już namiot, szpilki, pusty kartusz po gazie, a także dziurawe gacie i sfatygowaną koszulkę. Dało to przynajmniej kilogram mniej do dźwigania.
Szło się świetnie, aż do "Władka". Tam stan plaży się pogorszył i wyszedłem do miasta. Tuż za rondem wyjazdowym z Władysławowa do Helu obaliłem wieczornego "Radlera", zmieniłem skarpetki i ścieżką rowerową ruszyłem w drogę, aż do Juraty. Tam wróciłem na plażę i, jak wspomniałem, 120. godzina zastała mnie około 7 km od celu, jakim jest wejście nr 67 na Cyplu Helskim. Wynik mógłby być o pół godz. lepszy, ale uszło ze mnie powietrze i zrobiłem sobie dodatkowy odpoczynek w okolicy tablicy z oznaczeniem 29 km.

W sumie wynik nie jest zły, do połknięcia zostały jeszcze 2 godziny. Kończąc trasę obiecywałem sobie solennie (jak zawsze), że to już ostatni raz, ale już nazajutrz wiara w sukces powróciła. Być może pod koniec sierpnia podejmę kolejną próbę.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam serdecznie wytrwałych czytelników.