piątek, 5 września 2014

Na zakończenie

Czas na małe podsumowanie. Niedosyt, który mi towarzyszył przed rozpoczęciem wyprawy pozostał, a nawet jakby nasilił się ździebko. Wygląda na to, że w okolicach Ustki rozpościera się niewidzialna, acz silna bariera, która nie pozwala mi na kontynuację wyprawy w tempie z jej pierwszej połowy. Tym razem zastopował mnie deszcz. Myślę, że gdybym mógł coś zmienić, to skróciłbym do minimum pobyt w Łącku, przespałbym się i wcześnie rano kontynuowałbym marsz.
Jednak ogólnej sytuacji to by nie zmieniło, tak czy owak, przekroczyłbym znacząco 120 godz. Gdyby tak można było wyspać się na zapas, ale jak dotąd tej umiejętności jeszcze nie posiadłem.

Przypadłości, jakie mnie dopadły - to pęcherz na zewnętrznej stronie prawej pięty, który uformował się w czasie godzinnego marszu w ulewnym deszczu z Naćmierza do Łącka i towarzyszył mi aż do końca oraz kilka pęcherzy na dłoniach od uchwytów kijków Nordic Walking. Pęcherz na stopie, mimo że niezwłocznie został potraktowany plastrem "Compeed", boleśnie dawał o sobie znać przy każdym kroku następnego dnia, znacząco utrudniając marsz, później dał się ujarzmić wspomnianym plasterkom.  Pęcherze na dłoniach nie pozwoliły mi zaś rozwinąć skrzydeł w początkowej fazie wyprawy. Zaczęły się tworzyć już wieczorem pierwszego dnia wyprawy. Kijki to model Nils NW 106, z 30% udziałem włókna węglowego, a więc lekkie i, co dla mnie b. ważne, długie - z regulacją długości do 140 cm. Zaletą ich są także  wypinane uchwyty na ręce - uchwyty, a nie opaski jak we wszystkich kijkach NW firmy Spokey. Czyli wszystko byłoby O.K., gdyby nie rękojeści. Ich wykładzina wykonana jest z dziwnej odmiany gumy, która w kontakcie z dłonią sprawiała wrażenie lepkiej, konsekwencje nietrudno było przewidzieć. Po kilku dniach  powierzchnia gumy jakby się "wyrobiła", choć może to skóra dłoni do niej się przyzwyczaiła. W każdym razie powinienem był przed wymarszem potrenować trochę marsze z kijkami i problem pęcherzy na dłoniach miałbym z głowy. Poczyniłem krótkie analizy czasów przebiegów poszczególnych odcinków i uderzyła mnie ich zaskakująca zbieżność, np. odcinek Świnoujście  - Pogorzelica liczący 60 km pokonałem w identycznym czasie, co przed trzema miesiącami. Podobnie było z kilkoma innymi odcinkami, np. dwunastokilometrowym odcinkiem od administracyjnej granicy miasta Helu do Cypla Helskiego. Widać, proste rezerwy już zostały wykorzystane, trzeba popracować nad innymi rozwiązaniami, choć nie bardzo wiem co by to mogło być. Skrócić jeszcze bardziej czas przeznaczony na sen? Ryzykowne i prędzej czy później mszczące się rozwiązanie. Cóż, jest jeszcze trochę czasu do następnego lata i będzie nad czym się zastanowić.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich czytelników.

czwartek, 4 września 2014

ETAP VI 3.09.2014 r. Potok Bezimienny - Hel ( 70 km)

Znad Potoku Bezimiennego wyruszyłem o 11:30 i do granicy Helu z Juratą dotarłem o godzinie 3:27 w nocy. Na Cyplu Helskim przy wyjściu nr 67 zjawiłem się o godzinie 6:14, a więc na minutę przed upływem 6 doby od rozpoczęcia wyprawy. Końcowe kilometry dały mi się bardzo we znaki. Jak z powyższego widać "Cel-Hel w 120 godzin" ponownie nie został osiągnięty. Tym razem w  stopniu rażącym, szersze omówienie zostanie opublikowane w najbliższych dniach. Pozdrawiam serdecznie wszystkich wytrwałych czytelników niniejszego bloga.

środa, 3 września 2014

ETAP V 2.09.2014 r. 6 km za Rowami - ujście Potoku Bezimiennego (53 km)

Wystartowałem w drogę o godzinie 10:00 odziany w koszulkę i spodnie, ponieważ słońce zachęcająco świeciło. Rychło musiałem jednak założyć kurtkę, ponieważ wiał przenikliwy i chłodny wiatr ze wschodu. Przed 18:00 dotarłem do Łeby, tam zrobiłem zakupy na dalszą trasę i zjadłem kurczaka z rożna w restauracji "Rafa", której właściciel - bardzo sympatyczny i uczynny młody człowiek - już mnie rozpoznaje, a nawet udziela rabatu. Przed 20:00 wyruszyłem z Łeby, kilka kilometrów dalej znów udało mi się spłoszyć wypoczywającą na brzegu fokę (jak przed rokiem). Dalsza droga nie przyniosła już żadnych innych atrakcji. Na nocleg wybrałem miejsce w lesie po wschodniej stronie Potoku Bezimiennego, 2,5 km przed Białogórą.

wtorek, 2 września 2014

ETAP IV 1.09.2014 r. Łącko - 6 km za Rowami (45 km)

Z Łącka wyruszyłem o 11:40. Spałem tam około 11 godzin. Przemarsz szosami nie zasługuje na szczegółowy opis. O 16:30 przekroczyłem granicę Ustki, a następnie pomknąłem lasem w kierunku Orzechowa. Byłem tam o godzinie 19:00. Następnie plażą udałem się w kierunku Rowów, tam mimo że było po 23:00, udało mi się zrobić zakupy. Na biwak wybrałem miejsce w lesie około 6 km na wschód od Rowów.

poniedziałek, 1 września 2014

ETAP III 31.08.2014 r. Łazy - Naćmierz (32 km)

Wyruszyłem w drogę o 10:00 plażą do kanału Szczuczego, a następnie drogą do Dąbek. Z Dąbek kopną, jak zwykle trudną do przebrnięcia, plażą do Darłówka. Tam chwila odpoczynku i ścieżką rowerową udaję się do Wicia. Mój plan obejścia poligonu polegał na obejściu go większym łukiem -  trasą: Wicie - Rusinowo - Naćmierz - Korlino - Królewo - Zaleskie - Duninowo - Ustka. Ta trasa pozwoliła mi na zyskanie 2 km w porównaniu z trasą zaczynającą się w Jarosławcu, doliczając do tej trasy odcinek Wicie - Jarosławiec. Jak zwykle do połowy trasy, która wypadła w okolicach Naćmierza, wszystko szło mniej więcej należycie. Tam też o godzinie 18:15 minęła połowa planowanego czasu. Kiedy jadłem w Wiciu obiad w restauracji "Świt", nadciągnęły paskudne chmury. Jeszcze w trakcie obiadu zaczęło padać, myślałem że jak zwykle przelotnie. Korzystając z małego przejaśnienia udałem się w drogę. Już w Naćmierzu zacząłem żałować tej decyzji. Zaczął padać regularny deszcz, który chwilami przeradzał się w ulewę. Szedłem zły i kompletnie przemoczony, od stóp do głów. Zwłaszcza to "od stóp" niepokoiło mnie coraz bardziej. Marsz w takich warunkach prawie 30 km w przemoczonych butach oznaczał z pewnością masakrę stóp. W trosce o zdrowie mojego ciała i zmysłów postanowiłem sobie dać na dziś spokój. Przed Korlinem zboczyłem  w lewo do Łącka i tam udało mi się wynająć pokój, wprawdzie bez wygód, wprawdzie nie ciepły, ale przynajmniej suchy. Gdy kładłem się spać, a była 22:00, deszcz nadal padał, a ja utwierdzałem się w słuszności swojej decyzji.

niedziela, 31 sierpnia 2014

ETAP II 30.08.2014 r. Mrzeżyno - Łazy (63 km)

Wyruszyłem w kierunku Rogowa o 9:30. Dzień był ładny, słoneczny, ale nie do końca. Po drodze z Kołobrzegu do Ustronia Morskiego w ostatniej chwili zdążyłem wysuszyć namiot na jednym z parkingów rowerowych. W Ustroniu Morskim słońce się schowało i zaczęło kropić. I tak do późnej nocy od czasu do czasu kapało z nieba, ale przeważnie nie kapało. Dopiero gdy opuszczałem Unieście rozpadało się mocniej, ale w Łazach już było sucho. Rozbiłem się na nocleg 2 km za Łazami. Gdy rozbijałem namiot, zaczęło siąpić. Pewnie w tym celu, aby mnie odpowiednio zmotywować. Do poprzedniego dorobku dołożyłem 2 km, co jest na razie kroplą w morzu moich potrzeb.

sobota, 30 sierpnia 2014

ETAP I 29.08.2014 r. Świnoujście - Mrzeżyno (74 km)

Etap był bliźniaczo podobny do analogicznego z maja tego roku. Nawet czasy były identyczne. Np. w Pogorzelicy pojawiłem się co do minuty o tej samej godzinie co przed trzema miesiącami, a w Mrzeżynie początkowo miałem aż 15 minut nadróbki. Wszystko to zdemolował koszmar turysty pieszego czyli mówiąc potocznie deszcz. Początkowo zapowiadało się niewinnie, opady były przelotne i nieszkodliwe, gdy dochodziłem do Mrzeżyna zabawa się skończyła. Deszcz się wzmógł i zmusił mnie do znalezienia jakiegoś awaryjnego schronienia. Zanim je znalazłem, zdążyłem już nieźle zmoknąć. Schronieniem tym była plastikowa wiata jakiejś cukierni. Spędziłem tam dobre pół godziny i nie był to czas, który wspominam najmilej. Gdy deszcz zelżał, ruszyłem w kierunku Rogowa i po drodze skręciłem w las, aby byle gdzie, byle jak, byle szybko zbudować moje mobilne schronienie od deszczu. Położyłem się po drugiej, pełen obaw co do jakości snu umilanego bębnieniem kropli deszczu o poszycie namiotu. Obawy okazały się nieuzasadnione. Spałem jak zabity do ósmej rano.

środa, 27 sierpnia 2014

Cel-Hel w 120 godzin raz jeszcze...

Miało być "do trzech razy sztuka", ale moja tegoroczna majowo - czerwcowa wyprawa pozostawiła mi uczucie pewnego niedosytu. Cel - Hel w 120 godzin był tak blisko, przeanalizowałem moje wszystkie dotychczasowe błędy i potknięcia, rozważyłem wszystkie argumenty za oraz przeciw i w końcu powiedziałem sobie:
a co mi tam... !
I ten argument zadecydował.  Postanowiłem pójść za ciosem po raz czwarty. Bądź co bądź, każda kolejna próba przybliżała mnie do owych zaczarowanych 120 godz. Przypomnę, że w czerwcu osiągnąłem wynik  ~125 godz. Sto dwudziesta godzina zastała mnie 20 km przed końcem trasy.
Tym razem moja prośba o zezwolenie na przejście plażą terenu usteckiego poligonu spotkała się z kategoryczną odmową Komendanta CPSP z uwagi na prace przy umacnianiu brzegu prowadzone przez firmę "Budimex". Oznacza to nadłożenie kilku kilometrów podczas obchodzenia poligonu szosami. Dni są krótsze, co wiązać się będzie z intensywniejszą eksploatacją mojej czołówki podczas nocnych przemarszów.  Wyruszam w piątek 29. sierpnia, a zatem trzy pierwsze dni wyprawy przypadną na końcówkę sezonu,  co ma tę zaletę, że sklepy i restauracje czynne będą do późnych godzin wieczornych i nie będę musiał godzinami taszczyć zapasu wody na ranny posiłek, tudzież kłaść się spać "na głodzie", bo właśnie przed chwilą zamknięto mi restaurację, w której zamierzałem się posilić. W tym czasie powinienem dotrzeć w okolice Rowów. Szkoda tylko, że towarzyszący mi nocami księżyc będzie w pierwszej kwadrze. Lubię nocne przechadzki przy jego blasku. Jak dotąd dużą niewiadomą jest pogoda, ale ostatnie prognozy nastrajają mnie umiarkowanie optymistycznie. Biorąc pod uwagę powyższe za i przeciw, myślę że nie powinno być gorzej niż w czerwcu.
Po piętach depcze mi Pan Tomasz Borko, który - zainspirowany moimi zmaganiami z czasem i przestrzenią - wyrusza tą samą trasą i z tym samym celem: Świnoujście - Hel w 120 godzin, w połowie września wraz z przyjaciółmi.  Zapraszam do lektury sprawozdań z poszczególnych etapów wyprawy zamieszczanych na niniejszym  blogu oraz do fanpage'a "Road to Hel" na pewnym, znanym portalu społecznościowym  i trzymania kciuków za powodzenie wyprawy.

Pozdrawiam serdecznie :-)

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

To i owo o sprzęcie. Co miałem ze sobą i ile to ważyło

Waga bagażu dźwiganego na sobie ma kluczowe znaczenie dla liczby przebytych kilometrów. Ciężar butów i ubrania także nie jest bez znaczenia. Stopy nie odróżniają czy wgniata je w w piasek plecak czy kurtka, spodnie czy jeszcze coś innego. Plecak musi ważyć najwyżej tyle, aby można było kilkanaście godzin dziennie, nie rozstając się z nim na garbie, nie odczuwać związanego z tym dyskomfortu. To kryterium jest mocno indywidualne, u mnie ta granica to 9 -10 kg. Tym razem plecak z zawartością ważył znacznie mniej.

A oto lista - waga wyrażona w gramach.

Plecak: "Kober" 34l kupiony w "Lidlu"   - pojemność zdrowo zawyżona, mieści się  z luzami w komorze głównej mojej "Futury 32". Konstrukcja na niej wzorowana - siatka dystansowa, dwie komory, dwie kieszenie boczne plus dwie siatkowe, ale wykonanie fatalne. Pruje się na szwach jak stare gacie, ciągle muszę go zszywać. Jego główną zaletą jest waga - jest ponad pół kilo lżejszy od wzmiankowanej "Futury"    Waga: 1043

W plecaku: 
  • -namiot Spokey "Lacuna II"- jednopowłokowe igloo z przedsionkiem, ciut przykrótkie, ale gdy położę się po  przekątnej, jakoś się mieszczę - 1512  
  • -karimata Ridgest "Packlon" - dobrze izolująca od podłoża i niechłonąca wilgoci, troczona na zewnątrz  plecaka- 351
  • -śpiwór "Lafuma" - lekki syntetyk, ale bardziej schroniskowy z uwagi na termikę, poniżej 10 stopni bywało  ciut  chłodno - 657
  • -plecak "szturmowy-zakupowy" - Sea To Summit "Ultra-Sil Day Pack" - 73
  • -pokrowiec wodoodporny na plecak - 58
  • -worki na śmieci x 2  - 9
  • -worek wodoszczelny na odzież "Tatonka" - nieoceniony w przypadku "zlewy", nocą służy za  poduszkę - 69 
  • -czołówka Black Diamond "Storm" + 4 x aku AAA - 113
  • -zeszyt na notatki - 30
  • -stópki do kijków (3 pary) - 123
  • -papier toaletowy - 80                               Razem  3075 
Kuchnia:
  • -kubek  z blachy nierdzewnej, kupiony bodaj w sklepie, gdzie wszystko po 5 zł  ( do porannej zupki) - 101
  • -składany plastikowy kubek "Orikaso" (do porannej kawy) - 40
  • -spork - 10
  • -kartusz z gazem "Primus 100g" (razem z palnikiem i sporkiem mieści się w kubku) - 200
  • -palnik  z pokrowcem Fire-Maple FMS-300 Titanium - 48 (!)
  • -zapalniczka - 15 
  • -kawa rozpuszczalna ze śmietanką w proszku - 30
  • -plussssz multiwitamina   5tabletek - 25         Razem : 469
Apteczka :
  •  -spirytus salicylowy do dezynfekcji
  • -"Sudocrem" na odparzenia, 
  • -plaster "Compeed" na pęcherze - to trochę tak jak z parasolem. Nosisz ze sobą - to nie pada :-)
  • -suplementy diety, witaminy i inne takie...      Razem:  90
Kosmetyczka , a w niej:
  • -krem nawilżający
  • - szampon "J&J" dla dzieci niezawierający mydła - doskonale się pieni w morskiej wodzie, porcja na dwa mycia
  • -pasta do zębów "Ajona" - koncentrat. Do umycia zębów wystarczy wycisnąć z tubki porcję o wielkości łebka od zapałki 
  •  -szczoteczka do zębów o uciętym trzonku
  • -antyperspirant w żelu w strzykawce lekarskiej
  • -oliwka w żelu - zapobiegająca powstawaniu pęcherzy
  • -chusteczki nawilżające - bardzo ważne, zastępują wodę przy ablucjach
  • -chusteczki papierowe                                      Razem: 305

Zestaw naprawczy:
  • -taśma życia (Duct tape)
  • -igła, nici
  • -klej kropelka
  • -nożyczki
  • -gąbka
  • -głowica szczoteczki do zębów jako szczoteczka do rąk   
  • agrafki, szpilki itp.                                     Razem: 65
 Odzież: 
  • -kurtka softshell -  498 (z Lidla)
  • -2 T-shirty (w tymjeden termoaktywny z Lidla) -  327
  • -2 pary gaci  (także z Lidla) -  80
  • -skarpety 6szt. ( większość kupiona w Lidlu) -  252
  • -czapka -  80
  • -opaska wełniana na głowę -  37
  • -dodatkowe wkładki do butów  (para) -  40
  • -ręcznik - ściereczka z mikrofibry "Jana Niezbędnego"  82    Razem: 1396g 
                Reasumując, plecak wraz z zawartością ważył 6443 g.

     Na sobie i przy sobie:
  • -kurtka p.deszcz. (made in Lidl) -486
  • -buty - 580 para ( Lidlowe)
  • -spodnie BDU (no name) - 713, następnym razem będą inne, lżejsze o 400g (z Lidla)
  • -pasek do spodni - 160
  • -nóż - 140
  • -grzebyk - 5
  • -lusterko - 20
  • -okulary - 28
  • -zegarek - 30
  • -łyżka do butów - 13
  • -kijki  Nordic Walking "Komperdell" - 424 Razem: 2599
Torba biodrowa z kieszenią na bidon - 370, a w niej:
  • -portfel - 120
  • -telefon - 109
  • -słuchawki do telefonu - 15
  • -ładowarka do telefonu - 54, następnym razem pojedzie w paczce do Helu
  • -zapasowa bateria do telefonu - 21
  • -aparat fotograficzny z dwoma aku AA  - 370
  • -2 x 2 aku AA (Sanyo Eneloop - moim zdaniem nie mają sobie równych)  - 114
  • -pędzelek do czyszczenia obiektywu - 7
  • -ściereczka z irchy- 8
  • -karty pamięci z pudełkami 3 - 22
  • -kompas z termometrem - 29
  • -długopis - 13
  • -pendrive - 2
  • -cążki - 33,
  • -pilnik - 9   Razem:  1296                                                                                                              


 Podsumowanie: Zakładając, że idę mając na sobie kurtkę, niosę plecak o wadze ~ 6,5 kg, w torbie biodrowej niosę kolejne ~1,3 kg co daje łącznie ~7,8 kg. To co mam na sobie waży ~2,2 kg + kijki 0,424 kg. W sumie całe wyposażenie ważyło ~ 10,4 kg.
Jak z powyższego zestawienia widać, duży udział w moim wyposażeniu mają produkty z Lidla. Nie są to jakieś rzeczy z górnej półki, ale prezentują przyzwoitą jakość za niewielkie pieniądze. Poza tym nie jest to jakaś ekstremalna wyprawa w Himalaje, a trochę szybszy spacer brzegiem Bałtyku, więc nie ma co się silić na koszulki czy majty za kilkaset zł.

Na pierwszy dzień lub dwa zakładam sfatygowany T-shirt, takież gacie i skarpetki specjalnie w tym celu uchowane od wyrzucenia przez żonę.  Po wypełnieniu swoje misji w/w rzeczy, nieoczekiwanie dla siebie, kończą swój burzliwy żywot w którymś z koszy na śmieci rozlokowanych w jakiejś nadmorskiej miejscowości. Następnego dnia mam lżej w plecaku o jakieś 280 g. Wieczorem waga plecak zwiększa się znacząco o zapas wody do porannego gotowania, wieczorne piwo (albo lepiej - dwa) i różne inne wiktuały.

Dziękuję za uwagę.










czwartek, 5 czerwca 2014

Garść refleksji


Przyznam, że moje odczucia są z lekka ambiwalentne. Z jednej strony mam satysfakcję, że ubiegłoroczny wynik poprawiłem o 7,5 godziny, z drugiej zaś żal d... ściska, że sukces był w zasięgu ręki (nogi?), dosłownie otarłem się oń. Jeszcze do półmetka " łapka w  łapkę wszystko szło". Dopiero tragikomiczna seria niewłaściwych decyzji feralnej nocy w Ustce, zrujnowała pieczołowicie realizowany do tej pory scenariusz i pozbawiła mnie dotychczasowej determinacji oraz zasiała ziarno zwątpienia. Zaczęła zawodzić logistyka, zamykano sklepy i knajpy tuż przed moim przybyciem do kolejnych miejscowości. Nadszarpnięte morale powoduje, że nie realizujemy rzeczy, do których jesteśmy zdolni. Na  dobrą sprawę nie byłoby tego całego zamieszania, gdyby czynna była kładka w usteckim porcie. Nie musiałbym wychodzić w ląd, tylko pomknąłbym dalej plażą w okolice Poddąbia.
Dlaczego kładkę zamknięto? Przyczyną był remont Nabrzeża Pilotowego, zdewastowanego przez ubiegłoroczny orkan Ksawery. Nasilające się w ostatnim czasie, nietypowe dla naszych szerokości geograficznych, zjawiska atmosferyczne, część naukowców traktuje jako nieuniknione konsekwencje globalnego ocieplenia klimatu. Ocieplenie to jest następstwem wzrostu emisji do atmosfery dwutlenku węgla, będącego wynikiem technologicznego rozwoju ludzkości, czyli zbiorowiska osobników gatunku Homo sapiens. Zwolennicy teorii ewolucji utrzymują, że gatunek ten wyewoluował około dwustu tysięcy lat, temu z gatunku Homo erectus. Nie będę dalej drążył tego wątku. Jak wiadomo, na początku był wodór...
Zwolennikom kreacjonizmu proponuję przeprowadzenie analogicznego rozumowania - konkluzja będzie się różnić tylko tym, co było na  początku.
I teraz ja się pytam: wobec takich potęg jak Stwórca i Karol Darwin,  jaki wpływ miałem ja - biedny miś - na otwarcie kładki w usteckim porcie w pożądanym przeze mnie czasie? 
Jasne, że to retoryczne pytanie. Zostało to ustalone miliardy lat temu, bez mojego najmniejszego udziału.

A teraz z trochę innej beczki. Drogę zniosłem zupełnie nieźle, owszem czasem  coś strzyknęło, łupnęło, pobolało czy piknęło, a to w kolanie, a to w biodrze, czy kostce, ale i na tym także polega życie. Bolaki w liczbie dwóch nie dokuczyły zanadto. Jeden z nich, ten pierwszy, utworzył się już drugiego dnia wędrówki. Na początku nie wyglądał na rozwojowego, później jednak zaczął się rozrastać, aby pod koniec zmienić zdanie co do swojej ekspansji i zwyczajnie się zassać. Drugi z nich zaczął się tworzyć ostatniego dnia i nie zdążył dać  mi się we znaki. Innych dolegliwości, poza niezbyt przyjemnym odparzeniem okolic ściśle intymnych ( tzw. syndrom szeryfa), nie zaobserwowałem. Z odparzeniem poradziłem sobie nadzwyczaj łatwo, po dosłownie jednej aplikacji maści pod nazwą "Sudocrem". Myślę, że producent tego specyfiku śmiało mógłby  przemianować go na "Cudocrem".

Dziękuję wszystkim czytelnikom za życzliwą uwagę, takież komentarze tu i na FB oraz za trzymanie kciuków. Informuję, że prawdopodobnie wrócę do domu tą samą trasą (spacerkiem!), z tym że nie będę już Was zanudzał moją pisaniną. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i wyruszam na poszukiwanie bursztynu w różnych stanach skupienia. Marcin, Ty będziesz wiedział o co chodzi :-)

ETAP V 03.06.2014 r. 6 km za Łebą - Hel (88 km)





I stała się jasność ... Po wyjściu na plażę, po deszczowej nocy w namiocie zauważyłem, że spałem w pobliżu tablicy kilometrażowej oznaczonej liczbą 177. Oznaczało to że, nocowałem zaledwie kilometr dalej na wschód niż w obu poprzednich wyprawach. Ale w porównaniu z poprzednim rokiem moja przewaga wynosiła 4 godziny oraz 1 kilometr. Po przeanalizowaniu bieżącej sytuacji doszedłem do wniosku że te 88 kilometrów, które pozostały mi do przebycia musiałbym pokonać w czasie 19 godzin, ponieważ gdy wyruszałem była godzina jedenasta z minutami. Było to możliwe tylko teoretycznie, gdyż w tak długim czasie utrzymanie tak stabilnego tempa w moim przypadku nie jest realne. Po kilkunastu godzinach następuje nieuniknione spowolnienie marszu. Oceniłem, że w najlepszym przypadku, mogę się zmieścić w czasie o trzy godziny przekraczającym magiczne 120. Wyruszając nie byłem w najlepszym nastroju, ponieważ poprzedniego wieczoru zmokłem. Jedyne spodnie i buty również były mokre, całe wnętrze namiotu wypełnione mokrym piaskiem, postanowiłem więc zastosować wojskową maksymę: "na żołnierzu zmokło - na żołnierzu wyschnie", zresztą innego wyjścia nie miałem. Poranna mżawka szczęśliwie szybko się skończyła i żwawym krokiem pomknąłem do celu. W Lubiatowie zatrzymałem się w jedynym czynnym przy plaży barze na zapiekankę oraz kawę. Zapiekanka miała stanowić tego dnia tylko przekąskę, jednak została głównym daniem obiadowym, ponieważ później (a zamierzałem uczynić to w Karwi) wszystkie restauracje po godzinie 20. były już zamknięte. Pogoda była znośna, może ciut zbyt chłodna, ale sprzyjało to szybkiemu marszowi. Szło mi się znakomicie raptem do Władysławowa, było już koło północy i tam zacząłem już odczuwać zmęczenie. Trasa z Władysławowa do Chałup, którą pokonywałem zazwyczaj w przeciągu godziny tym razem kosztowała mnie godzinę i 20 minut, co było sygnałem, że zaraz się zacznie. I faktycznie, w Chałupach złożyłem się na chwilę na ławce przystanku autobusowego. Myślę, że spałem około 10 minut. Wystarczyło mi to na przejście za Kuźnicę i tam "zły" znów mnie zaatakował. Przy ścieżce rowerowej przed Jastarnią zlokalizowałem świetnie położoną ławkę otoczoną krzewami dzikich róż, które osłaniały mnie przed wiatrem wiejącym od Zatoki Gdańskiej. Ległem tam na jakieś pół godziny, nie zważając że jest godzina 5:38 czyli niespełna pół godziny przed upływem założonego czasu. Takie miejsce później mogło mi się już nie trafić. A zatem 120. godzina trasy zastała mnie przed Jastarnią, na jakieś 20 kilometrów od Cypla Helskiego. Obudziłem się koło pół do siódmej. Ta drzemka pozwoliła mi już dobrnąć do końca wyprawy. Cel czyli Hel - legendarne wyjście 67 (zainteresowani wiedzą, dlaczego legendarne) osiągnąłem o godzinie 11:32. Tak więc, moja wyprawa trwała 125 godzin i 17 minut. Pochmurny i mglisty poranek przepoczwarzył się w piękny, pogodny i słoneczny dzień który spaskudziły popołudniowe opady deszczu, ale na szczęście nie był to już mój problem. Takie były suche fakty. Odniosę się do nich niebawem w oddzielnym artykule.

wtorek, 3 czerwca 2014

ETAP IV 02.06.2014 r. Ustka - 6 km za Łebą (54 km)



Noc zapowiadana jako bardzo chłodna, nie okazała się taką. Obudziłem się w rozświetlonym słońcem namiocie zlany potem. O 10:30 wyruszyłem plażą w stronę Rowów. Było słonecznie i mogłem iść w samej koszulce, dopiero w Rowach musiałem ubrać się cieplej. Jeżeli Rowy, to nie można nie zajrzeć do restauracji "U Juliusza". Pan Juliusz rozpoznał mnie od razu. Powypytywał mnie o moją wyprawę i o wyprawę grupy "PoPiasku", która właśnie wyruszyła w stronę Helu. Zjadłem dorsza rekomendowanego przez pana Juliusza i żałowałem, żem nie Juliusz, albowiem wszyscy Juliusze mają tu 30% rabatu. Po obiedzie około piętnastej wyruszyłem w dalszą drogę plażą do Łeby. Po drodze dopadł mnie śpik, więc zdrzemnąłem się około pół godziny w lesie za wydmami. W drodze do Łeby tuż przed zachodem słońca zaczęło padać. Deszcz niezbyt intensywny, ale mocno upierdliwy poprzez swoją długotrwałość oraz gęstość mżawki. Ten deszcz towarzyszył mi już aż do rana, następnego dnia. Do Łeby dotarłem krótko przed północą, miałem problem z piciem, które to picie w postaci 1 litra "Fanty" kupiłem w Rowach mając nadzieję, że resztę dokupię po drodze w tzw. "Czerwonej Szopie" - jest to bar fastfoodowy zlokalizowany w starej ratowni położonej jakieś 13 km na wschód od Rowów. Niestety pocałowałem tam klamkę. Litr napoju na 34 km drogi, na dodatek bez gwarancji, że uda mi się coś zorganizować w Łebie, to niezbyt wiele. Na szczęście znalazłem wodę w jednym ze sklepów sieci "ABC", który był czynny do pierwszej. To uratowało mnie od śmierci z pragnienia. W dalszą drogę udałem się przedłużeniem ulicy Nadmorskiej, przez las. Tu się znowu zgubiłem omijając jednostki wojskowe opisywane jako nieczynne, ale sądząc z wyglądu nowiutkich ogrodzeń były one jednak czynne. Szukanie drogi na plażę poprzez zarośnięte wydmy tak mnie wyczerpało, że gdy tylko takie wyjście znalazłem, zdecydowałem się na rozbicie namiotu kilkaset metrów dalej. Gdy się kładłem była 3:30.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

ETAP III 01.06.2014 r. Łazy - Ustka (58 km)

Nic nie zapowiadało nocnych tarapatów. Łazy opuściłem około dziewiątej. Plaża, zwykle trudna do przebrnięcia, tym razem była mi przychylna. Za to plaża między Dąbkami a Darłówkiem jak zwykle stanowiła koszmar dla piechura. Z Darłówka do Jarosławca przeszedłem częściowo plażą a następnie ścieżką rowerową równoległą do wybrzeża. W Jarosławcu przeprowadziłem bilans czasu i trasy,  z którego wynikało co następuje : połowa trasy wypadła na wysokości stojanki wschodniej Drogowego Odcinka Lotniskowego Jarosławiec, które to miejsce osiągnąłem na 10 minut przed połową planowanego czasu, czyli praktycznie zgodnie z harmonogramem. Na teren poligonu CPSP Ustka wkroczyłem około 20., a opuściłem go 10 minut przed północą. Następnym punktem orientacyjnym było stare, poniemieckie tzw. "trzecie molo", za którym po około pięciuset metrach należało wyjść w głąb lądu aby ruszyć w stronę mostu na Słupi. I tu zaczął się problem. Wyszedłem wspomnianym wejściem, ale zamiast wyboistej drogi, która prowadziła przez stary park natrafiłem na nową, elegancką ścieżkę rowerową wybudowaną dzięki opłatom klimatycznym wnoszonym przez kuracjuszy. Sądziłem, że ścieżka ta dublowała starą dróżkę. Mój niepokój wzbudził fakt, że ścieżka rowerowa kończyła się przejściem przez tory kolejowe, których wcześniej nigdy nie przekraczałem. Było już po pierwszej w nocy. Otoczenie w którym się znalazłem było mi kompletnie nieznane. Próbowałem pokręcić się po okolicy, aby trafić na jakiś znajomy obiekt. Nic nie znalazłem. Z uwagi na późną godzinę osiedle mieszkaniowe na którym się znalazłem było jak wymarłe. Nie było jak zasięgnąć języka, żadnej żywej duszy w okolicy. Ucieszyłem się na widok nadjeżdżającego samochodu, ale kierowca widząc jak się cieszę wdepnął na hamulec i odjechał na wstecznym. Pewnie myślał, że chcę się z nim zabrać z całym swoim majdanem. Sytuacja zaczęła mnie przerastać. Sam, zmęczony, zziębnięty w nieznanym otoczeniu i nie ma kogo zapytać o drogę. W odruchu desperacji wybrałem numer alarmowy 112. Zgłosił się uprzejmy pan, któremu wyłuszczyłem moją nietypową sytuację. Okazało się, że pan nie zna topografii Ustki, ponieważ dodzwoniłem się na numer alarmowy w Gdańsku, zaproponował jednak, że przełączy mnie na numer 997 w Ustce. Oficer dyżurny z Ustki nie miał żadnych zastrzeżeń co do rangi mojego problemu i udzielił mi precyzyjnych wskazówek jak dotrzeć do mostu. Zaproponował nawet podesłanie radiowozu, ale nie skorzystałem. Po pół godzinie, kiedy byłem już po drugiej stronie rzeki zadzwonił mój telefon. To dzwonił oficer dyżurny z Ustki, aby upewnić się czy znalazłem drogę. Jestem zbudowany taką postawą pracowników służb policji i tą drogą składam temu panu jeszcze raz gorące podziękowanie. Całe to zamieszanie spowodowało, że straciłem ze dwie godziny i sporo niepotrzebnie zrobionych kilometrów. W związku z tym musiałem zrewidować swoje plany (zamierzałem dotrzeć w okolice Poddąbia) i udałem się na spoczynek mniej więcej w połowie drogi między Ustką a Orzechowem. Gdy kładłem się spać była 4:30.

niedziela, 1 czerwca 2014

ETAP II 31.05.2014 r. Mrzeżyno - Łazy (61 km)

Pałer z jakim napierałem dnia poprzedniego, gdzieś się ulotnił. Szedłem raczej z poczucia obowiązku bez tej euforii, jaka towarzyszyła mi wczoraj. Wyruszyłem o 8:45. Pochmurne początkowo niebo szybko się rozjaśniło i tak już było do końca dnia. Do Kołobrzegu doszedłem ścieżkami rowerowymi, a następnie do Sarbinowa plażą. Z Sarbinowa do Chłopów lądem, a dalej do Mielna leśną ścieżką rowerową. Było już po zmroku, gdy w lesie natknąłem się na dwie zbłąkane młode mieszkanki Mielna, które straciły orientację w ciemnym lesie po tym, jak po zachodzie słońca nad morzem próbowały skrócić sobie drogę przez las. Na szczęście trafiły na odpowiedniego przewodnika. Było już po 22 gdy przemierzałem Mielno. Nocny przemarsz starszego gościa z plecakiem i kijkami przez rozbawione, nocne Mielno z soboty na niedzielę musiał na niektórych sprawić wrażenie sportu ekstremalnego. Na szczęście obyło się bez żadnych incydentów. Byłem już mocno zmęczony i gdyby nie to, że umówiłem się na nocleg w Łazach w moim ulubionym pensjonacie klepnąłbym się spać w okolicach Kanału Jamneńskiego. Do Łazów dotarłem o 1:25. Resztkami sił wziąłem prysznic i przeprałem jedną parę skarpetek, na drugą sił nie starczyło.

sobota, 31 maja 2014

ETAP I 30.05.2014 r. Świnoujście - Mrzeżyno (74 km)

Pogoda spłatała mi radosnego figla. Po huraganowym wschodnim wietrze, który wiał jeszcze dwa dni temu, pozostało tylko wspomnienie. Jak zwykle wyruszyłem spod przeprawy promowej o 6:15. Od samego początku towarzyszyło mi słońce i delikatny wietrzyk wiejący mi w plecy. Pierwsze 50 km pokonałem "na lekko" tylko z plecaczkiem szturmowym. Właściwy plecak z resztą niezbędnych w dalszej wędrówce rzeczy czekał na mnie w Pustkowie w zaprzyjaźnionym pensjonacie. Dzień zakończyłem mocnym, nocnym akordem pokonując trasę Pogorzelica - Mrzeżyno w nieco ponad 2 godziny. Położyłem się spać zdrowo po drugiej, mniej więcej w połowie drogi między Mrzeżynem a Rogowem.
Port w Mrzeżynie, piękny widok na zakończenie ciężkiego dnia.

środa, 28 maja 2014

Cel-Hel w 120 godzin (do trzech razy sztuka)

Cóż mam napisać? Rok minął niepostrzeżenie i znów przyjdzie mi stawić czoła nadbałtyckiej czasoprzestrzeni. Nowym czytelnikom wyjaśniam, ze już po raz trzeci zamierzam pokonać pieszo trasę ze Świnoujścia do Helu w czasie nie przekraczającym 120 godzin. Ostatnim razem, właśnie przed rokiem, zabrakło mi to tego celu o niespełna 13 godzin. Tym razem moje szanse na sukces nieco wzrosły, albowiem otrzymałem zezwolenie na przejście plażą terenu Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce. Pozwoli mi to skrócić trasę o około 6 km. W związku z tym zezwoleniem wyruszam w drogę 30 maja w piątek, ponieważ zgoda na przemarsz dotyczy tylko dnia 1 czerwca, czyli trzeciego dnia wędrówki. Moje szczęście nie jest niestety kompletne, ponieważ niedawno oddana do użytku kładka uchylna w porcie w Ustce, która eliminuje wyprawę w głąb lądu w celu przejścia mostem nad Słupią, do końca czerwca została zamknięta w związku z remontem nabrzeża, które ucierpiało w czasie zeszłorocznych, jesiennych sztormów. Byłyby to ze dwa kolejne kilometry do przodu, ale nie ma co wybrzydzać.
Aby ułatwić sobie trudy przejścia, postanowiłem zminimalizować ciężar przenoszonego ładunku, ograniczając się tylko do rzeczy naprawdę niezbędnych. Inne, które będą potrzebne mi później w Helu czy w Piaskach, o które nie mógłbym zahaczyć, nadałem pocztą na Poste Restante w Helu. Pozwoliło mi to zmniejszyć ciężar ładunku o dobre półtora kg. Czuję się dosyć pewnie, aczkolwiek obawiam się trochę o pogodę, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko.
W miarę możliwości będę relacjonował co się ze mną dzieje w niniejszym blogu oraz na Facebooku na stronie: Road to Hel .   Dziękuję za uwagę.

wtorek, 4 czerwca 2013

Podsumowanie

Aby docenić życie należycie, musi ono niekiedy zaboleć. Kreślę te słowa w barze "Hello" u Irka,  popijając bursztynowy napój i rozkoszując się widokiem na Zatokę Gdańską skąpaną w ciepłych promieniach słońca wbrew burzowym prognozom pogody. Tym razem odczuwam satysfakcję z wyniku. Wprawdzie cel 120 godz. nie został osiągnięty, ale te 133 godz., to też nie w kij dmuchał. Jak wspominałem wcześniej, 120. godz. zastała mnie we Władysławowie. Stamtąd, gdybym był wypoczęty, droga do Helu zajęłaby mi około 7-8 godz., to dałoby łącznie około 128 godzin. Pytanie brzmi: jak zorganizować trasę, aby te brakujące 8 godzin zmieścić w tytułowych stu dwudziestu. Dzieląc 8 przez liczbę etapów otrzymujemy 96 minut na jeden etap. Niby niewiele, ale musiałoby się to odbić na czasie snu, który i tak był dla mnie zbyt krótki. Druga możliwość, niewykluczająca się z pierwszą, to szybszy marsz. Trzecia, niekolidująca z poprzednimi, rzadsze odpoczynki, ale obie te ostatnie możliwości niosą ze sobą wysokie ryzyko podminowania stóp pęcherzami. Być może profesjonalne obuwie, mam na myśli lekkie górskie buty podejściowe, pozwoliłyby to ryzyko zminimalizować. Zasadniczo, poza odcinkiem Rowy- Łeba, udało mi się uniknąć psychicznych dołów. Idąc nocą bezludnymi plażami tego odcinka nie sposób jednak nie odczuć "kosmicznego bólu ziemi". Później było już lepiej, ale co jakiś czas stawała przede mną tzw. "ściana", którą trzeba było po prostu odespać. Niemiłym zaskoczeniem była dla mnie zatrważająca liczba "bolaków", które zaczęły się namnażać już po I etapie, aby dojść do liczby około 10 na etapie ostatnim. Ostatnio problemy na taką skalę miałem przed czterema laty na pierwszej wyprawie, nie mając żadnego doświadczenia w turystyce pieszej. Wtedy było ich mniej, ale znacznie bardziej dawały się we znaki. Tym razem mimo ich horrendalnej liczby, nie sprawiały zbytniego bólu, ale i nie ułatwiały marszu. Obawiając się ich eksplozji musiałem czynić częstsze postoje, aby je odpowiednio "pielęgnować". Jestem pod wielkim wrażeniem skuteczności na tego typu opresje oliwki w żelu dla dzieci firmy "Johnson & Johnson" . Stabilizuje ona już istniejące, a niekiedy wręcz unicestwia świeżo powstałe pęcherze. Pęcherze na dłoniach od kijków były pod kontrolą i nie sprawiały problemów. Ponad 95% trasy pokonałem posiłkując się kijkami "Nordic Walking". Bez nich wynik byłby gorszy o co najmniej 24 godz., taka jest ich potęga. Konkluzja jest taka: wyżej nerek pan nie podskoczysz, trza było po prostu szybciej iść, zainwestować w prawdziwe buty i nie oszczędzać zanadto czasu kosztem snu, bo tej potrzeby mój organizm nie jest w stanie oszukać. Gdybym miał ze 30 lat mniej na karku te 120 godz. bym wyrobił, ale teraz tak lekko już nie jest. Dziękuję za uwagę wszystkim czytelnikom niniejszego bloga, dziękuję za "lajki" na Facebooku, a zwłaszcza tym, którzy trzymali za mnie kciuki. Przede mną wyprawa przez Mierzeję Wiślaną z Mikoszewa do Piasków. Tam kilkudniowy pobyt, aby uzbierać parę kilo bursztynów, a następnie powrót z Helu już w trybie czysto rekreacyjnym. Z rekordami dam sobie spokój co najmniej na rok. Ponieważ na początku było o życiu, o życiu też zakończę. Na pytanie "jak żyć" - ostatnio często stawiane zwłaszcza naszemu premierowi - prawidłowa odpowiedź, nieco wymijająca, brzmi: ale czyja ?

niedziela, 2 czerwca 2013

ETAP V 31.05 - 01.06.2013 178. kilometr wybrzeża - Hel (89 km)

Świecące do tej pory słońce zasłoniła mgła, która utrzymywała się do późnych godzin popołudniowych. Do Stilo doszedłem plażą. Dalej w ten sposób iść się nie dało, ponieważ morze rozbryzgiwało swoje fale o zdewastowany brzeg. W dalszą drogę udałem się całkiem wygodną, leśną drogą pożarową, która zawiodła mnie do Lubiatowa. Tam - ku mojej radości - kazało się, że tuż przy plaży otwarte były trzy restauracje. Skonsumowałem więc rybne danie. Na drogę zakupiłem Coca-Colę, Red Bulla i dwa wafelki. Red Bulla wymieszałem z Coca-Colą, co w założeniu miało mnie uchronić od ataków Morfeusza. Z Lubiatowa podążyłem w dalszą drogę, minąłem Białogórę, Dębki i o 2:15 poprzez kanał Karwianka wkroczyłem do Karwi. Tam krótki postój na opatrzenie stóp i o 2:50 w dalszą drogę. O 3:15 mijam tablicę "Jastrzębia Góra wita". Noc jest ciepła i księżycowa. Okoliczny las kusi, postanawiam jednak zajść jak najdalej w założonym czasie. O 4:10 (przypominam, że dzieje się to nad ranem) w Jastrzębiej Górze od grupy rozweselonych biesiadniczek, w jednym z czynnych jeszcze barów, otrzymuję zaproszenie "chodź na drinka". Jak widać pokusy czyhają w nieoczekiwanym czasie i nieoczekiwanych miejscach. W innych okolicznościach proszę bardzo, ale nie tym razem. Wymawiam się krótkim - nie piję ( w niektórych kręgach uchodzę za statecznego obywatela ). Wkraczam do Władysławowa. Od 5:00 lekko popaduje, a od 6:00 pada gęściej. Na wylocie z Władysławowa chronię się przed deszczem pod parasolem nieczynnego jeszcze baru. I wtedy rozpadało się na dobre, iść dalej nie było sposób. Jestem wręcz załamany i usilnie rozważam co począć dalej. Czy wynająć pokój we Władysławowie, bo deszcz przerodził się, moim zdaniem, w opad ciągły, czy iść dalej do Chałup i tam rozważać inne warianty. W pewnym momencie deszcz zelżał, wyruszyłem więc w drogę, ale znowu opanowała mnie senność. O 7:15  opuściłem Władysławowo i po kilkuset metrach ujrzałem dogodne miejsce do rozbicia namiotu. Od strony Zatoki Puckiej w pięknym, typowo helskim lesie rozłożyłem się aby się zdrzemnąć. Miejsce to było jednym z najbardziej uroczych w jakich przyszło mi biwakować. I pomyśleć, że w odległości kilkuset metrów funkcjonują "Biedronka", "Lidl" i stacja "Statoil". Gdy się obudziłem zobaczyłem, że w międzyczasie dokonał się cud. Po deszczu ani śladu, a słońce radośnie hula po niebie. Ponownie więc wyruszyłem w drogę, jest pól do jedenastej. Odcinek Władysławowo-Kuźnica pokonałem jednym szusem w niespełna dwie godziny. Po postoju w Kuźnicy siły mnie nieco opuściły, ale dotarłem jeszcze za Jastarnię. Tam zmuszony byłem poleżeć pół godziny w lesie, aby nabrać sił przed decydującym szturmem. Droga od Juraty do Helu wzdłuż ścieżki rowerowej jest moim zdaniem jedną z najnudniejszych i najbardziej wyczerpujących. Ciągnie się niemożliwie. Wielce utrudzony o godzinie 19:01 melduję się na helskiej plaży przy legendarnym wejściu oznaczonym magicznym numerem 66. Tak więc, pokonanie całej trasy zajęło mi 132 godziny i trzy kwadranse, a więc o 12 i 3/4 godziny więcej niż zakładał plan. Sto dwudziesta godzina zastała mnie we Władysławowie w okolicach ( nomen omen) cmentarza  przy ulicy Żeromskiego, czyli już  po ptokach. Na tym kończę relację z wyprawy. Zapraszam do przeczytania podsumowania, które ukaże się na niniejszym blogu za kilka dni.

piątek, 31 maja 2013

ETAP IV 30-31.05.2013 r. Korlino - Łeba - 178. kilometr wybrzeża ( 78 km )

Noc minęła spokojnie, mimo bliskości drogi nikt mnie nie niepokoił. Wyruszyłem o 10:15. Pogoda zapowiadała się znakomita, posmarowałem nawet ramiona kremem przeciwsłonecznym. Mimo święta ruch na szosach przybierał na sile. Właśnie z powodu święta nie miałem gdzie uzupełnić zapasu wody. Spróbowałem więc u jednego z gospodarzy w Zaleskiem i otrzymałem pół litra mieszanki wody przegotowanej i tej z kranu. W Duninowie, gdy przepakowywałem się na przystanku autobusowym, przysiadł się w tym samym celu około siedemdziesięcioletni rowerzysta. Okazało się, że jest Niemcem, a co ważniejsze jedzie ze Świnoujścia poprzez Hel do Gdańska. Pogawędziliśmy chwilę, a następnie każdy ruszył na swoim wehikule w kierunku Ustki. Zapytany wcześniej rowerzysta powiedział że jest w trasie również czwarty dzień. Później spotkałem go raz jeszcze, gdy opuszczałem Rowy. Rogatki Ustki minąłem o 14:15. W Ustce poczyniłem niezbędne zakupy i przed 15:00 wyruszyłem  plażą w kierunku Rowów. Pogoda nad morzem zmusiła mnie do założenia kurtki, pod nią polara, a na głowę wełnianej opaski. Spowodował to przenikliwy, zimny wiatr wiejący mi w twarz. Do Rowów dotarłem po 19:00, zjadłem na obiad dorsza w smażalni "U Juliusza" i poczyniłem kolejne niezbędne zakupy. Opuściłem Rowy o 20:40 i tuż za Rowami prawie wpadłem na wypoczywającą fokę. Ta spłoszyła się i uciekła do wody. Był to jedyny ssak, jakiego spotkałem na odcinku 34 km bezludnej plaży pomiędzy Rowami i Łebą. Droga do Czołpina zajęła mi więcej czasu niż oczekiwałem po tej plaży. Czasami bywa ona gładka i twarda jak powierzchnie słonych jezior, na których bite są samochodowe rekordy prędkości, ale nie tym razem. W pobliżu Czołpina zaczął dawać o sobie znać brak dostatecznej ilości snu. Zmuszony byłem zdrzemnąć się choć godzinkę, co też uczyniłem w lasku przy wejściu prowadzącym do latarni morskiej. W sumie postój zajął mi prawie trzy godziny i tu zaczął się sypać mój harmonogram trasy. Sen był kiepskiej jakości i nie chciało mi się później wygramolić z rozgrzanego śpiwora. Odpoczynek nie na wiele się zdał. Już po niespełna dwóch godzinach napady senności powróciły. W pewnym momencie chyba zasnąłem idąc, bo nagle ujrzałem zbliżający się piasek plaży i tylko cudem udało mi się uniknąć upadku. Zrobiłem później jeszcze jeden krótki odpoczynek próbując zasnąć i do Łeby dotarłem już drogą prowadząca od poniemieckiej wyrzutni rakiet. Przekroczyłem Łebę ( rzekę ) o 9:00 , poczyniłem zakupy i po 10:00 wyruszyłem plażą w dalszą drogę. Kolejny atak senności dopadł mnie dokładnie w tym samym miejscu co przed rokiem - na 178 kilometrze wybrzeża. Drzemka trwała około dwóch godzin i, mam wrażenie, że tym razem mnie wzmocniła. Krótko przed 15:00 wyruszyłem dalej.

czwartek, 30 maja 2013

ETAP III 29.05.2013 r. Chłopy - Korlino ( 59 km )

Spod 16. południka wyruszyłem o 10:15. Po drodze napotkałem trzy trudne odcinki. Jak zwykle od Łazów do Kanału Szczuczego bardzo kopna plaża, takoż od Dąbek do Darłówka. W Darłówku dopadła mnie intensywna, ale na szczęście krótkotrwała burza. I następna tragedia : odcinek od Darłówka do Wicia. Odcinek ten jest polem prac budowlanych związanych z modernizacją umocnień przeciwsztormowych. Od strony Darłówka ścieżka rowerowa wiodąca groblą była zagrodzona bramą. Podczas forsowania tej przeszkody rozdarłem sobie na plecach kurtkę, a dalej wcale nie było lepiej. Grobla była rozkopana i trudna do przejścia, a plaża była chyba w jeszcze gorszym stanie - zryta gąsienicami ciężkiego sprzętu. W Jarosławcu stawiłem się już po północy, a po 1:00 wyruszyłem w kierunku Ustki. Pierwszy odpoczynek zrobiłem w Korlinie. Dalej bym nie zaszedł, ponieważ kończyła mi się woda. Jakiś kilometr za Korlinem dostrzegłem polną drogę wiodącą w kierunku obiecującego lasku. Lasek okazał się zbyt gęsty i zbyt mokry, aby rozbić w nim namiot. Rozlokowałem się na małej trawiastej polance tuż przy polnej drodze - świtało. Wstałem o 9:00, bo słońce i duchota panująca w namiocie nie pozwoliły na dłuższy wypoczynek.