Blog poświęcony próbie pokonania pieszo trasy Świnoujście - Hel w czasie poniżej 120 godzin.
wtorek, 7 czerwca 2016
Etap IV 6.06.2016 r. Dębina - Lubiatowo (57 km)
Etap ten miał się zakończyć nad ujściem Potoku Bezimiennego w pobliżu Białogóry. Stało się inaczej. Dzień, jak wszystkie ostatnie dni, zaczął się słonecznie. Po godzinie od wyruszenia z namiotu byłem w Rowach w restauracji "U Juliusza", gdzie zjadłem obiad. Niestety pana Juliusza nie zastałem, więc tą drogą pozdrawiam go serdecznie. Następnie udałem się plażą w kierunku Łeby. Po drodze liczyłem na "Czerwoną Szopę", ale od kilku lat o tej porze jest ona nieczynna. Musiałem więc wytrwać z zapasem napojów jeszcze 24 kilometry, aż do Łeby. Do Łeby dotarłem jeszcze w porze funkcjonowania "Żabek". Uzupełniłem prowiant i około 23. udałem się plażą w kierunku Stilo. Wieczór zrobił się bardzo chłodny. Początkowo wystarczyła mi lekka kurtka, potem założyłem kurtkę przeciwdeszczową, opaskę na głowę, na opaskę czołówkę, a i tak było ciężko. Kryzys zaczął się nocą. Wszystko mniej więcej grało do miejsca gdzie spoczywa wrak statku "West Star". Od tego miejsca do Stilo były około 3 kilometry. Mimo że ziąb się wzmagał, zaczęła ogarniać mnie senność. Później zaczęło się dziać jeszcze gorzej, zacząłem mieć zaburzenia równowagi. Od czasu do czasu zarzucało mną na boki, obawiałem się żeby nie zmoczyć butów w morzu. Później zaczęły się omamy. Zamiast wydm widziałem dźwigi i jakieś inne instalacje portowe, zdając sobie sprawę z tego że jest to nierealne, ale nic nie mogłem poradzić. Waliłem się w łeb, chlastałem po twarzy, zacząłem nawet śpiewać rosyjskie dumki, ale nic nie pomagało. Pomyślałem że pora kończyć marsz, ale zaczęło się rozwidniać, świat nabrał właściwszych barw i senność na trochę odpuściła. Pozwoliło mi to dojść w okolice 165 kilometra, niedaleko Lubiatowa. Tutaj zakończyłem ten etap.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Etap III 5.06.2016 r. Kanał Szczuczy - Dębina (66 km)
Wyruszyłem znad Kanału Szczuczego do Dąbek parę minut po 10. Przemknąłem przez Dąbki nie zatrzymując się, a następnie buksowałem ponad dwie godziny w straszliwie kopnym piachu na odcinku Dąbki - Darłówko. W Darłówku przed nosem, o godzinie 12:00, zamknięto mi rozsuwany most, ale i tak planowałem krótki postój. Dalsza droga wiodła z Darłówka do Wicia groblą przeciwsztormową. Z Wicia rozpocząłem obejście poligonu. Obejście zajęło mi 8 godzin. Cały czas utrzymuje się piękna, słoneczna pogoda i z dnia na dzień jest coraz chłodniej. Most na Słupi osiągnąłem o 23:15, ale to stanowi czas o ponad 2 godziny lepszy niż przed rokiem. Postanowiłem więc przekuć ten czas na drogę i plażą udałem się na wschód, aby rozbić nocleg w okolicy Dębiny. Dębina jest to ostatnia miejscowość przed Rowami od strony Ustki. Tym samym ulokowałem się o 7 kilometrów dalej niż przed rokiem. Dotychczasowy przebieg wyprawy daje przesłanki do umiarkowanego optymizmu. Gdy szedłem w stronę Dębiny ponownie uaktywnił się większy z bolaków. Myślę, że zaszkodziła mu ponad trzydziestokilometrowa trasa szosami wokół poligonu. Znowu nie udało mi się położyć o ludzkiej porze, ale ma to swoje dobre strony, ponieważ można precyzyjnie wybrać odpowiednie miejsce na nocleg.
niedziela, 5 czerwca 2016
Etap II 4.06.2016 r. Dźwirzyno - Kanał Szczuczy (60 km)
Cios nadszedł z nieoczekiwanej strony i uderzył w słabiznę, jaką są stopy piechura. Bolaki ! Uderzenie było podwójne, najpierw już w Międzyzdrojach uaktywnił się pęcherz na śródstopiu w okolicy palucha i na tyle dawał się we znaki, że musiałem go niezwłocznie zneutralizować plasterkiem "Compeed". Pozwoliło mi to iść dalej bez uczucia dyskomfortu, ale na tym nie koniec. Wieczorem w drodze do Mrzeżyna zaczęła mnie boleć pięta, tejże samej lewej stopy. Ten bolak był już poważniejszym wyzwaniem, opatrzyłem go dopiero nazajutrz licząc, że być może nocą się wchłonie. Nie wchłonął się. Cały drugi etap wyprawy spaskudził mi ten właśnie bolak, który usytuował się pod stwardniała skórą pięty i dawał o sobie znać przy każdym kroku. Dopiero pod wieczór ból zelżał. Mimo wszystko dotarłem do założonego celu tj. Kanału Szczuczego z tym, że znowu kosztem czasu przeznaczonego na odpoczynek. Przez ostatnie dwie doby spałem raptem siedem godzin i obawiam się, że może to się zemścić w końcówce marszu. Będę się starał nadrobić te zaległości.
PS
Wszystkich komentujących lub pytających w sprawie wyprawy bardzo przepraszam, ale ze względów technicznych (archaiczny telefon) nie jestem w stanie odpowiadać na bieżąco. Solennie obiecuję, że po dotarciu do Helu zaległości powyższe skwapliwie nadrobię.
PS
Wszystkich komentujących lub pytających w sprawie wyprawy bardzo przepraszam, ale ze względów technicznych (archaiczny telefon) nie jestem w stanie odpowiadać na bieżąco. Solennie obiecuję, że po dotarciu do Helu zaległości powyższe skwapliwie nadrobię.
sobota, 4 czerwca 2016
Ponownie etap pierwszy 3.06.2016 r. Świnoujście - Dźwirzyno (83 km)
Tym razem poszło tak jak trzeba. Wyruszyłem w drogę o 6:25. Pogoda dopisała, było nieco chłodniej niż w poniedziałek, ale też ciut zbyt ciepło. Pierwsze 60 km pokonałem ze zredukowanym obciążeniem. Właściwy plecak czekał na mnie tym razem w Pogorzelicy. Tamże zjawiłem się o 20:40, tym samym złamałem zaczarowaną barierę godziny 21. Dalej już nie było tak różowo, ale bywało i gorzej. Most na Redze w Mrzeżynie przekroczyłem o godzinie 00:01. Po dłuższym odpoczynku poczłapałem w stronę Dźwirzyna. Na nocleg rozlokowałem się w okolicach 341 km za hotelem "Senator" w Dźwirzynie. Do centrum Kołobrzegu miałem jakieś 6 do 7 kilometrów. Gdy się kładłem było już widno, a nazajutrz wstałem o godzinie 8.
środa, 1 czerwca 2016
Etap pierwszy 30.05.2016 r. Świnoujście - Pogorzelica (60 km) i poniekąd ostatni
Do Pogorzelicy dotarłem w czasie zbliżonym do poprzednich tj. o 21:20. Deszcz, który towarzyszył mi od Rewala zmienił się w regularną ulewę z piorunami. Doszedłem do wniosku, że dalszy marsz będzie co najmniej nierozsądny, a wręcz niebezpieczny - czekała mnie 12 kilometrowa przeprawa plażą przy akompaniamencie grzmotów i piorunów. Zdecydowałem się na nocleg pod dachem. Los mi sprzyjał, ponieważ już pierwsza próba była strzałem w dziesiątkę. Trafiłem na przesympatyczne małżeństwo prowadzące pensjonat "U Alicji". Okazało się, że też są podróżnikami, ale takimi prawdziwymi. Eksplorują Azję Południowo-Wschodnią tj. Indochiny, Malezję, Filipiny, Indonezję. Nocleg w Pogorzelicy oznaczał, że 22 km poszło w plecy. Tej straty już bym nie nadrobił. Nazajutrz po obejrzeniu prognozy pogody, zdecydowałem że przeczekam niepogodę. Postanowiłem ponowić próbę w piątek rano. A tak na marginesie, pan Aleksander Doba też czeka na poprawę pogody :-) Dziękuję za uwagę i zapraszam na relacje z kolejnych etapów.
niedziela, 29 maja 2016
W drogę...
Tak się składa, że obiecane podsumowanie poprzedniej wyprawy splecie się z zapowiedzią następnej.
Wynik był lepszy, ale mógł być jeszcze lepszy. Analizując przebieg trasy i międzyczasy, zauważyłem, że w Ustce miałem czas już o ponad dwie godziny lepszy niż poprzednim razem. Zamiast iść za ciosem, rozmemłałem tę przewagę i czas był taki jaki był, ale nie narzekam.
W tym roku szósta próba. Popracowałem trochę nad szybkością i techniką chodu, a zwłaszcza nad długością kroku. Na przełomie kwietnia i maja tego roku zrobiłem sprawdzian na trasie Dźwirzyno - Ustka. Test wypadł nad wyraz pozytywnie, trasę pokonałem w czasie o prawie dwie godziny lepszym niż przed rokiem.
Spory w tym udział miał mój nowy nabytek sprzętowy - stuptuty.
To dziwne słowo określa ochraniacze zakładane na buty, które chronią je przed dostawaniem się do wnętrza rozmaitych zanieczyszczeń. W moim przypadku głównie chodzi o piasek. Moje ochraniacze nie są klasycznymi stuptutami sięgającymi do kolan i zakładanymi na spodnie. Moje są stuptutami biegowymi sięgającymi lekko za kostkę i noszonymi pod spodniami. Postronny obserwator nawet nie zauważyłby ich istnienia. Stuptuty zdały egzamin wyśmienicie, a wyglądają tak.
Do zera spadła liczba nieplanowanych postojów mających na celu wygarnięcie z butów, niekiedy znacznych ilości, plażowego piasku i wytrzepanie skarpet. Taki postój, skoro się już przydarzy, jest doskonałym pretekstem do przedłużenia przerwy w marszu, kontemplacji i rozmyślań nad sensem życia, dezorganizując precyzyjnie nakreślony harmonogram marszu. One to (stuptuty) sprawiły, żem mógł się skoncentrować na połykaniu kolejnych kilometrów bez obawy o pęcherze, o które nietrudno gdy w butach buzuje piach, czy gałązki, kamyki i inne upierdliwości czyhające na leśnych duktach.
Ta próba generalna, o której wspomniałem, nastroiła mnie bardzo optymistycznie i doda mi wiatru w żagle przy kolejnej wyprawie, którą rozpoczynam w najbliższy poniedziałek, 30. maja. I tym razem nie otrzymałem zgody na przejście plażą usteckiego poligonu - tym razem z powodu przygotowań do ćwiczeń „Anakonda-16”, no ale przynajmniej jest to jakieś uzasadnienie odmowy.
Wynik był lepszy, ale mógł być jeszcze lepszy. Analizując przebieg trasy i międzyczasy, zauważyłem, że w Ustce miałem czas już o ponad dwie godziny lepszy niż poprzednim razem. Zamiast iść za ciosem, rozmemłałem tę przewagę i czas był taki jaki był, ale nie narzekam.
W tym roku szósta próba. Popracowałem trochę nad szybkością i techniką chodu, a zwłaszcza nad długością kroku. Na przełomie kwietnia i maja tego roku zrobiłem sprawdzian na trasie Dźwirzyno - Ustka. Test wypadł nad wyraz pozytywnie, trasę pokonałem w czasie o prawie dwie godziny lepszym niż przed rokiem.
Spory w tym udział miał mój nowy nabytek sprzętowy - stuptuty.
To dziwne słowo określa ochraniacze zakładane na buty, które chronią je przed dostawaniem się do wnętrza rozmaitych zanieczyszczeń. W moim przypadku głównie chodzi o piasek. Moje ochraniacze nie są klasycznymi stuptutami sięgającymi do kolan i zakładanymi na spodnie. Moje są stuptutami biegowymi sięgającymi lekko za kostkę i noszonymi pod spodniami. Postronny obserwator nawet nie zauważyłby ich istnienia. Stuptuty zdały egzamin wyśmienicie, a wyglądają tak.
Do zera spadła liczba nieplanowanych postojów mających na celu wygarnięcie z butów, niekiedy znacznych ilości, plażowego piasku i wytrzepanie skarpet. Taki postój, skoro się już przydarzy, jest doskonałym pretekstem do przedłużenia przerwy w marszu, kontemplacji i rozmyślań nad sensem życia, dezorganizując precyzyjnie nakreślony harmonogram marszu. One to (stuptuty) sprawiły, żem mógł się skoncentrować na połykaniu kolejnych kilometrów bez obawy o pęcherze, o które nietrudno gdy w butach buzuje piach, czy gałązki, kamyki i inne upierdliwości czyhające na leśnych duktach.
Ta próba generalna, o której wspomniałem, nastroiła mnie bardzo optymistycznie i doda mi wiatru w żagle przy kolejnej wyprawie, którą rozpoczynam w najbliższy poniedziałek, 30. maja. I tym razem nie otrzymałem zgody na przejście plażą usteckiego poligonu - tym razem z powodu przygotowań do ćwiczeń „Anakonda-16”, no ale przynajmniej jest to jakieś uzasadnienie odmowy.
Tradycyjnie zapraszał będę na FB na krótkie sprawozdania zamieszczane na niniejszym blogu.
Zapraszam do czytania, kibicowania, polubiania, hejtowania i czego tam kto sobie życzy :-)
Pozdrawiam, Waldemar
Pozdrawiam, Waldemar
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Etap V 30. - 31.05.2015 r. Stilo - Hel (82 km)
Przepraszam za długie milczenie, ale postanowiłem wyręczyć żonę, która spisywała dotąd moje wrażenia z wyprawy, planując że skorzystam z Internetu w Bibliotece w Helu, ale zapomniałem, że to niedziela i biblioteka jest nieczynna. Naprawiam więc swoje niedopatrzenie, a relacja będzie bardziej szczegółowa niż dotąd.
Około godz. jedenastej obudził mnie przyjemny odgłos kropel deszczu bębniących o poszycie namiotu. Oczywiście wprowadziło mnie to w doskonały nastrój :-) Spakowałem, co się da do plecaka, nie wyłażąc z namiotu, a gdy deszcz ustał na chwilę, zwinąłem namiot (stwierdziwszy uszkodzenie stelaża, dobrze że dopiero teraz) i o 12:55 udałem się w drogę. Podaję obiecane szczegóły w kolejności chronologicznej.
14:18 - mijam wejście Lubiatowo 44 (tam gdzie funkcjonuje przyplażowa gastronomia)
15:27 - wiatr od rana zmienił kierunek na właściwy tj. zachodni. Dodatkowo od czasu do czasu doskwierał mi deszcz. W sumie jest zimno, pochmurnie i dość paskudnie. W pewnym momencie zaczęło naprawdę padać, a porywisty wiatr wiejący z tyłu siekł mnie kroplami po nogach, sprawiając że zacząłem surrealistycznie marzyć o gorącym prysznicu i takiejże kawie. Skręcam w las licząc na znalezienie drogi wiodącej do mostku na Potoku Bezimiennym. Drogę znalazłem, ale najpierw pobłądziłem nieco. W zamian za to zwiedziłem tutejsze piękne wydmy, o których istnieniu dotąd nie wiedziałem.
15:36 - przechodzę przez mostek na Bezimiennym. W pobliżu mostku znajduje się jedna z "leśnych stajni" zwana Różą Wiatrów. Tu urządzam sobie postój, przy okazji dzieląc się swoją wiedzą na temat topografii pobliskiego terenu z uczestnikami marszu na orientację ( pieszymi i rowerzystami), który tu się odbywał.
16:42 - mijam główne wejście do Białogóry
18:12 - przechodzę przez mostek na Piaśnicy w Dębkach
20:35 - suchą stopą przechodzę przez ujście do morza kanału Karwianka i wejściem "Karwia 47" wkraczam do Karwi, aby poczynić zakupy na resztę czekającej mnie drogi i zjeść nieco spóźniony obiad w smażalni "Złota Rybka".
22:55 - mijam tablicę z napisem "Jastrzębia Góra Wita", Gdyby nie przenikliwe zimno i nieustająca groźba deszczu, noc można by uznać za piękną, do czego walnie przyczyniał się wielki księżyc, od czasu do czasu ukazujący się zza posępnych chmur.
00:08 - mijam tablicę z napisem "Chłapowo".
00:45 - mijam tablicę z napisem "Władysławowo". Po drodze nie mogę się oprzeć pokusie, aby nie skorzystać z okazji i w czynnym nocą "Fastfoodzie" konsumuję hot doga.
02:05 - opuszczam Władysławowo i dalej idę ścieżką rowerową wiodącą wzdłuż Mierzei Helskiej.
03:13 - Chałupy
04:40 – Kuźnica
06:20 - ważna godzina, ta 120. zastaje mnie w Jastarni w pobliżu tutejszej "Biedronki".
07:16 - "Jurata wita".
07:37 - wkraczam w obszar administracyjny Helu, mijając "witacz", czyli tablicę z napisem: "Hel - witamy".
10:14 - kolejny "witacz", już we właściwym Helu.
10:46 - KONIEC! Wejście nr 67 na Cyplu Helskim.
Ostanie kilkaset metrów pokonuję w honorowej asyście Sekretarza Miasta Helu pana Marka Dykty, który natyka się na moją osobę przypadkiem i towarzyszy mi jadąc rowerem, aż do końca. W ten sposób, mam godnego zaufania świadka, który może poświadczyć rzetelność czasu, w którym zakończyłem swoją kolejną wyprawę. Na plaży pan Marek wykonuje jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć, składa mi gratulacje, po czym rozstajemy się, a ja idę na zachód plaży, aby korzystając z pięknej pogody, która dopiero teraz nastała wysuszyć namiot i inne rzeczy.
Tym razem udało mi się poprawić mój dotychczasowy rekord życiowy z czerwca ubiegłego roku o 51 minut. Obecny rezultat to 124 godz. 26 min. Dziękuję za uwagę, wytrwałość i wyrozumiałość czytelnikom niniejszego bloga, to na razie tyle, za czas jakiś opublikuję tradycyjne podsumowanie.
sobota, 30 maja 2015
ETAP IV 29.05.2015 r. Orzechowo - Stilo (57 km)
Wyruszyłem w drogę około godziny 12:00. Pogoda była słoneczna, lekki wiatr zachodni. W Rowach zatrzymałem się na obiad u pana Juliusza w restauracji "U Juliusza". Za Rowami zmienił się kierunek wiatru, tym razem wiało ostro w twarz i ochłodziło się znacznie. Chwilami padał deszcz, na szczęście niezbyt intensywny. Założyłem na siebie wszystko co miałem, a i tak było nie za ciepło. Do Łeby dotarłem już po zamknięciu "Żabek", które czynne są do 23:00. Na szczęście bez problemu znalazłem dobry, całodobowy sklep o nazwie "Dobry Sklep", w którym dokonałem niezbędnych zakupów spożywczych. Dotelepałem się do Stilo, z tym że nie wchodziłem do wsi, ale tradycyjnie rozbiłem namiot w lesie. Gdy kładłem się spać był już dzień i było po 5:00. Zastanawia mnie stosunkowo krótki dystans jaki przebyłem, ale nie stać mnie było na więcej.
piątek, 29 maja 2015
ETAP III 28.05.2015 r. Dąbkowice - 5 km za Ustką (62 km)
Obudziłem się o 8:30. Poranek był ciepły i słoneczny. Na plażę zszedłem tuż przed 10:00 i po kilku kilometrach spotkałem starszego (ode mnie) pana o siwych jak gołąb włosach i takiej samej bujnej brodzie. Pan przywędrował pieszo ze Śląska do Świnoujścia, a następnie zmierzał do Gdańska. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, po czym ja pomknąłem przodem. Droga plażą do Darłówka jak zwykle była męczarnią z uwagi na stan plaży, a także żar lejący się z nieba. Przed 16:00 dotarłem do Wicia, tam zjadłem obiad i ruszyłem na "obchód poligonu". Od 19:00 zaczęło lekko popadywać, ale nie wyglądało to groźnie. Niestety po jakimś czasie deszcz się wzmógł, tak że musiałem szukać schronienia w autobusowych wiatach przystankowych. Z reguły wyglądało to tak, że gdy chroniłem się w wiacie po chwili przestawało padać, a gdy wyruszałem w drogę po jakimś czasie dopadał mnie deszcz. Naprawdę groźnie zrobiło się przed Duninowem. Zanim schroniłem się w wiacie, zdążyłem porządnie zmoknąć. Co gorsza deszcz nie wyglądał na przelotny. Zostałem uziemiony 6 km przed Ustką na nie wiadomo jak długo. Rozważałem rozmaite scenariusze, co mógłbym zrobić, ale nie mogłem wymyślić nic sensownego. Na szczęście po jakiejś pół godzinie przestało padać, a ja przemoczony i zziębnięty udałem się w dalszą drogę. Ze względu na późną porę zdecydowałem się na nocleg około 2 km na wschód od Orzechowa. Gdy się kładłem była 4:20.
czwartek, 28 maja 2015
ETAP II 27.05.2015 r. Dźwirzyno - 2 km przed Dąbkowicami (61 km)
Rano, gdy spakowałem mandżur i udałem się w kierunku szosy, stwierdziłem, że nocą ogrodzono miejsce mojego biwaku drutem kolczastym. Mógłbym przysiąc, że gdy szukałem miejsca na nocleg nie pokonywałem żadnych zasieków. Trochę czasu zajęło mi znalezienie luki w ogrodzeniu i wyruszyłem w dalszą drogę o godzinie 9:55. Pogoda nadal sprzyja, choć jest urozmaicona i trudno nadążyć ze zmianą odzieży. Ważne, że nie pada. Po drodze nie zaszło nic godnego uwagi. Na nocleg ułożyłem się między Łazami i Dąbkowicami w pięknym otoczeniu młodych świerków. Już o 3:20 leżałem w śpiworku.
środa, 27 maja 2015
ETAP I 26.05.2015 r. Świnoujście - 1,5 km za Rogowem (77 km)
Tym razem wyruszyłem spod przeprawy promowej o godzinie 6:20. Pogoda mi sprzyjała, można powiedzieć, że była idealna do marszu. Nawet wiatr był sprzyjający, co nie jest regułą. Do końca etapu dotarłem w stanie dobrym, bez żadnych obrażeń, odparzeń, ani innych takich. Nocowałem w lesie na terenie starej opuszczonej wojskowej strzelnicy. Do snu ułożyłem się o godzinie 3:00, tak więc mój marsz trwał w sumie niespełna 21 godzin. Muszę się pochwalić, że poprawiłem moje dotychczasowe tzw. międzyczasy np. w Pogorzelicy pojawiłem się aż o 20 minut wcześniej niż w najlepszych moich latach.
niedziela, 24 maja 2015
I jeszcze raz...
Pogoda zdaje się sprzyjać, więc pora ruszać po moje złote runo. To już piąta próba pokonania trasy Świnoujście - Hel w czasie 120 godzin. Pierwsza próba miała miejsce przed trzema laty. Najlepszy wynik uzyskałem przed rokiem, było to 125 godzin z minutami. Jeśli pogoda nie zawiedzie, jestem dobrej myśli. Niestety Pan Komendant Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce nie wyraził zgody na przejście przez teren poligonu ( w trosce o moje bezpieczeństwo, zdrowie, a nawet życie). Ostatnio komendant się zmienił , ale polityka wobec turystów nie, trudno - trzeba będzie nadłożyć kilka kilometrów.
Wyruszam we wtorek rano, w Helu mam zamiar zameldować się w niedzielę przed godziną szóstą Tak jak dotąd, będę publikował na niniejszym blogu krótkie relacje. Zapraszam do lektury, komentowania i trzymania kciuków za powodzenie wyprawy.
Wyruszam we wtorek rano, w Helu mam zamiar zameldować się w niedzielę przed godziną szóstą Tak jak dotąd, będę publikował na niniejszym blogu krótkie relacje. Zapraszam do lektury, komentowania i trzymania kciuków za powodzenie wyprawy.
piątek, 5 września 2014
Na zakończenie
Czas na małe podsumowanie. Niedosyt, który mi towarzyszył przed rozpoczęciem wyprawy pozostał, a nawet jakby nasilił się ździebko. Wygląda na to, że w okolicach Ustki rozpościera się niewidzialna, acz silna bariera, która nie pozwala mi na kontynuację wyprawy w tempie z jej pierwszej połowy. Tym razem zastopował mnie deszcz. Myślę, że gdybym mógł coś zmienić, to skróciłbym do minimum pobyt w Łącku, przespałbym się i wcześnie rano kontynuowałbym marsz.
Jednak ogólnej sytuacji to by nie zmieniło, tak czy owak, przekroczyłbym znacząco 120 godz. Gdyby tak można było wyspać się na zapas, ale jak dotąd tej umiejętności jeszcze nie posiadłem.
Przypadłości, jakie mnie dopadły - to pęcherz na zewnętrznej stronie prawej pięty, który uformował się w czasie godzinnego marszu w ulewnym deszczu z Naćmierza do Łącka i towarzyszył mi aż do końca oraz kilka pęcherzy na dłoniach od uchwytów kijków Nordic Walking. Pęcherz na stopie, mimo że niezwłocznie został potraktowany plastrem "Compeed", boleśnie dawał o sobie znać przy każdym kroku następnego dnia, znacząco utrudniając marsz, później dał się ujarzmić wspomnianym plasterkom. Pęcherze na dłoniach nie pozwoliły mi zaś rozwinąć skrzydeł w początkowej fazie wyprawy. Zaczęły się tworzyć już wieczorem pierwszego dnia wyprawy. Kijki to model Nils NW 106, z 30% udziałem włókna węglowego, a więc lekkie i, co dla mnie b. ważne, długie - z regulacją długości do 140 cm. Zaletą ich są także wypinane uchwyty na ręce - uchwyty, a nie opaski jak we wszystkich kijkach NW firmy Spokey. Czyli wszystko byłoby O.K., gdyby nie rękojeści. Ich wykładzina wykonana jest z dziwnej odmiany gumy, która w kontakcie z dłonią sprawiała wrażenie lepkiej, konsekwencje nietrudno było przewidzieć. Po kilku dniach powierzchnia gumy jakby się "wyrobiła", choć może to skóra dłoni do niej się przyzwyczaiła. W każdym razie powinienem był przed wymarszem potrenować trochę marsze z kijkami i problem pęcherzy na dłoniach miałbym z głowy. Poczyniłem krótkie analizy czasów przebiegów poszczególnych odcinków i uderzyła mnie ich zaskakująca zbieżność, np. odcinek Świnoujście - Pogorzelica liczący 60 km pokonałem w identycznym czasie, co przed trzema miesiącami. Podobnie było z kilkoma innymi odcinkami, np. dwunastokilometrowym odcinkiem od administracyjnej granicy miasta Helu do Cypla Helskiego. Widać, proste rezerwy już zostały wykorzystane, trzeba popracować nad innymi rozwiązaniami, choć nie bardzo wiem co by to mogło być. Skrócić jeszcze bardziej czas przeznaczony na sen? Ryzykowne i prędzej czy później mszczące się rozwiązanie. Cóż, jest jeszcze trochę czasu do następnego lata i będzie nad czym się zastanowić.
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich czytelników.
Jednak ogólnej sytuacji to by nie zmieniło, tak czy owak, przekroczyłbym znacząco 120 godz. Gdyby tak można było wyspać się na zapas, ale jak dotąd tej umiejętności jeszcze nie posiadłem.
Przypadłości, jakie mnie dopadły - to pęcherz na zewnętrznej stronie prawej pięty, który uformował się w czasie godzinnego marszu w ulewnym deszczu z Naćmierza do Łącka i towarzyszył mi aż do końca oraz kilka pęcherzy na dłoniach od uchwytów kijków Nordic Walking. Pęcherz na stopie, mimo że niezwłocznie został potraktowany plastrem "Compeed", boleśnie dawał o sobie znać przy każdym kroku następnego dnia, znacząco utrudniając marsz, później dał się ujarzmić wspomnianym plasterkom. Pęcherze na dłoniach nie pozwoliły mi zaś rozwinąć skrzydeł w początkowej fazie wyprawy. Zaczęły się tworzyć już wieczorem pierwszego dnia wyprawy. Kijki to model Nils NW 106, z 30% udziałem włókna węglowego, a więc lekkie i, co dla mnie b. ważne, długie - z regulacją długości do 140 cm. Zaletą ich są także wypinane uchwyty na ręce - uchwyty, a nie opaski jak we wszystkich kijkach NW firmy Spokey. Czyli wszystko byłoby O.K., gdyby nie rękojeści. Ich wykładzina wykonana jest z dziwnej odmiany gumy, która w kontakcie z dłonią sprawiała wrażenie lepkiej, konsekwencje nietrudno było przewidzieć. Po kilku dniach powierzchnia gumy jakby się "wyrobiła", choć może to skóra dłoni do niej się przyzwyczaiła. W każdym razie powinienem był przed wymarszem potrenować trochę marsze z kijkami i problem pęcherzy na dłoniach miałbym z głowy. Poczyniłem krótkie analizy czasów przebiegów poszczególnych odcinków i uderzyła mnie ich zaskakująca zbieżność, np. odcinek Świnoujście - Pogorzelica liczący 60 km pokonałem w identycznym czasie, co przed trzema miesiącami. Podobnie było z kilkoma innymi odcinkami, np. dwunastokilometrowym odcinkiem od administracyjnej granicy miasta Helu do Cypla Helskiego. Widać, proste rezerwy już zostały wykorzystane, trzeba popracować nad innymi rozwiązaniami, choć nie bardzo wiem co by to mogło być. Skrócić jeszcze bardziej czas przeznaczony na sen? Ryzykowne i prędzej czy później mszczące się rozwiązanie. Cóż, jest jeszcze trochę czasu do następnego lata i będzie nad czym się zastanowić.
Dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich czytelników.
czwartek, 4 września 2014
ETAP VI 3.09.2014 r. Potok Bezimienny - Hel ( 70 km)
Znad Potoku Bezimiennego wyruszyłem o 11:30 i do granicy Helu z Juratą dotarłem o godzinie 3:27 w nocy. Na Cyplu Helskim przy wyjściu nr 67 zjawiłem się o godzinie 6:14, a więc na minutę przed upływem 6 doby od rozpoczęcia wyprawy. Końcowe kilometry dały mi się bardzo we znaki. Jak z powyższego widać "Cel-Hel w 120 godzin" ponownie nie został osiągnięty. Tym razem w stopniu rażącym, szersze omówienie zostanie opublikowane w najbliższych dniach. Pozdrawiam serdecznie wszystkich wytrwałych czytelników niniejszego bloga.
środa, 3 września 2014
ETAP V 2.09.2014 r. 6 km za Rowami - ujście Potoku Bezimiennego (53 km)
Wystartowałem w drogę o godzinie 10:00 odziany w koszulkę i spodnie, ponieważ słońce zachęcająco świeciło. Rychło musiałem jednak założyć kurtkę, ponieważ wiał przenikliwy i chłodny wiatr ze wschodu. Przed 18:00 dotarłem do Łeby, tam zrobiłem zakupy na dalszą trasę i zjadłem kurczaka z rożna w restauracji "Rafa", której właściciel - bardzo sympatyczny i uczynny młody człowiek - już mnie rozpoznaje, a nawet udziela rabatu. Przed 20:00 wyruszyłem z Łeby, kilka kilometrów dalej znów udało mi się spłoszyć wypoczywającą na brzegu fokę (jak przed rokiem). Dalsza droga nie przyniosła już żadnych innych atrakcji. Na nocleg wybrałem miejsce w lesie po wschodniej stronie Potoku Bezimiennego, 2,5 km przed Białogórą.
wtorek, 2 września 2014
ETAP IV 1.09.2014 r. Łącko - 6 km za Rowami (45 km)
Z Łącka wyruszyłem o 11:40. Spałem tam około 11 godzin. Przemarsz szosami nie zasługuje na szczegółowy opis. O 16:30 przekroczyłem granicę Ustki, a następnie pomknąłem lasem w kierunku Orzechowa. Byłem tam o godzinie 19:00. Następnie plażą udałem się w kierunku Rowów, tam mimo że było po 23:00, udało mi się zrobić zakupy. Na biwak wybrałem miejsce w lesie około 6 km na wschód od Rowów.
poniedziałek, 1 września 2014
ETAP III 31.08.2014 r. Łazy - Naćmierz (32 km)
Wyruszyłem w drogę o 10:00 plażą do kanału Szczuczego, a następnie drogą do Dąbek. Z Dąbek kopną, jak zwykle trudną do przebrnięcia, plażą do Darłówka. Tam chwila odpoczynku i ścieżką rowerową udaję się do Wicia. Mój plan obejścia poligonu polegał na obejściu go większym łukiem - trasą: Wicie - Rusinowo - Naćmierz - Korlino - Królewo - Zaleskie - Duninowo - Ustka. Ta trasa pozwoliła mi na zyskanie 2 km w porównaniu z trasą zaczynającą się w Jarosławcu, doliczając do tej trasy odcinek Wicie - Jarosławiec. Jak zwykle do połowy trasy, która wypadła w okolicach Naćmierza, wszystko szło mniej więcej należycie. Tam też o godzinie 18:15 minęła połowa planowanego czasu. Kiedy jadłem w Wiciu obiad w restauracji "Świt", nadciągnęły paskudne chmury. Jeszcze w trakcie obiadu zaczęło padać, myślałem że jak zwykle przelotnie. Korzystając z małego przejaśnienia udałem się w drogę. Już w Naćmierzu zacząłem żałować tej decyzji. Zaczął padać regularny deszcz, który chwilami przeradzał się w ulewę. Szedłem zły i kompletnie przemoczony, od stóp do głów. Zwłaszcza to "od stóp" niepokoiło mnie coraz bardziej. Marsz w takich warunkach prawie 30 km w przemoczonych butach oznaczał z pewnością masakrę stóp. W trosce o zdrowie mojego ciała i zmysłów postanowiłem sobie dać na dziś spokój. Przed Korlinem zboczyłem w lewo do Łącka i tam udało mi się wynająć pokój, wprawdzie bez wygód, wprawdzie nie ciepły, ale przynajmniej suchy. Gdy kładłem się spać, a była 22:00, deszcz nadal padał, a ja utwierdzałem się w słuszności swojej decyzji.
niedziela, 31 sierpnia 2014
ETAP II 30.08.2014 r. Mrzeżyno - Łazy (63 km)
Wyruszyłem w kierunku Rogowa o 9:30. Dzień był ładny, słoneczny, ale nie do końca. Po drodze z Kołobrzegu do Ustronia Morskiego w ostatniej chwili zdążyłem wysuszyć namiot na jednym z parkingów rowerowych. W Ustroniu Morskim słońce się schowało i zaczęło kropić. I tak do późnej nocy od czasu do czasu kapało z nieba, ale przeważnie nie kapało. Dopiero gdy opuszczałem Unieście rozpadało się mocniej, ale w Łazach już było sucho. Rozbiłem się na nocleg 2 km za Łazami. Gdy rozbijałem namiot, zaczęło siąpić. Pewnie w tym celu, aby mnie odpowiednio zmotywować. Do poprzedniego dorobku dołożyłem 2 km, co jest na razie kroplą w morzu moich potrzeb.
sobota, 30 sierpnia 2014
ETAP I 29.08.2014 r. Świnoujście - Mrzeżyno (74 km)
Etap był bliźniaczo podobny do analogicznego z maja tego roku. Nawet czasy były identyczne. Np. w Pogorzelicy pojawiłem się co do minuty o tej samej godzinie co przed trzema miesiącami, a w Mrzeżynie początkowo miałem aż 15 minut nadróbki. Wszystko to zdemolował koszmar turysty pieszego czyli mówiąc potocznie deszcz. Początkowo zapowiadało się niewinnie, opady były przelotne i nieszkodliwe, gdy dochodziłem do Mrzeżyna zabawa się skończyła. Deszcz się wzmógł i zmusił mnie do znalezienia jakiegoś awaryjnego schronienia. Zanim je znalazłem, zdążyłem już nieźle zmoknąć. Schronieniem tym była plastikowa wiata jakiejś cukierni. Spędziłem tam dobre pół godziny i nie był to czas, który wspominam najmilej. Gdy deszcz zelżał, ruszyłem w kierunku Rogowa i po drodze skręciłem w las, aby byle gdzie, byle jak, byle szybko zbudować moje mobilne schronienie od deszczu. Położyłem się po drugiej, pełen obaw co do jakości snu umilanego bębnieniem kropli deszczu o poszycie namiotu. Obawy okazały się nieuzasadnione. Spałem jak zabity do ósmej rano.
środa, 27 sierpnia 2014
Cel-Hel w 120 godzin raz jeszcze...
Miało być "do trzech razy sztuka", ale moja tegoroczna majowo - czerwcowa wyprawa pozostawiła mi uczucie pewnego niedosytu. Cel - Hel w 120 godzin był tak blisko, przeanalizowałem moje wszystkie dotychczasowe błędy i potknięcia, rozważyłem wszystkie argumenty za oraz przeciw i w końcu powiedziałem sobie:
a co mi tam... !
I ten argument zadecydował. Postanowiłem pójść za ciosem po raz czwarty. Bądź co bądź, każda kolejna próba przybliżała mnie do owych zaczarowanych 120 godz. Przypomnę, że w czerwcu osiągnąłem wynik ~125 godz. Sto dwudziesta godzina zastała mnie 20 km przed końcem trasy.
Tym razem moja prośba o zezwolenie na przejście plażą terenu usteckiego poligonu spotkała się z kategoryczną odmową Komendanta CPSP z uwagi na prace przy umacnianiu brzegu prowadzone przez firmę "Budimex". Oznacza to nadłożenie kilku kilometrów podczas obchodzenia poligonu szosami. Dni są krótsze, co wiązać się będzie z intensywniejszą eksploatacją mojej czołówki podczas nocnych przemarszów. Wyruszam w piątek 29. sierpnia, a zatem trzy pierwsze dni wyprawy przypadną na końcówkę sezonu, co ma tę zaletę, że sklepy i restauracje czynne będą do późnych godzin wieczornych i nie będę musiał godzinami taszczyć zapasu wody na ranny posiłek, tudzież kłaść się spać "na głodzie", bo właśnie przed chwilą zamknięto mi restaurację, w której zamierzałem się posilić. W tym czasie powinienem dotrzeć w okolice Rowów. Szkoda tylko, że towarzyszący mi nocami księżyc będzie w pierwszej kwadrze. Lubię nocne przechadzki przy jego blasku. Jak dotąd dużą niewiadomą jest pogoda, ale ostatnie prognozy nastrajają mnie umiarkowanie optymistycznie. Biorąc pod uwagę powyższe za i przeciw, myślę że nie powinno być gorzej niż w czerwcu.
Po piętach depcze mi Pan Tomasz Borko, który - zainspirowany moimi zmaganiami z czasem i przestrzenią - wyrusza tą samą trasą i z tym samym celem: Świnoujście - Hel w 120 godzin, w połowie września wraz z przyjaciółmi. Zapraszam do lektury sprawozdań z poszczególnych etapów wyprawy zamieszczanych na niniejszym blogu oraz do fanpage'a "Road to Hel" na pewnym, znanym portalu społecznościowym i trzymania kciuków za powodzenie wyprawy.
Pozdrawiam serdecznie :-)
a co mi tam... !
I ten argument zadecydował. Postanowiłem pójść za ciosem po raz czwarty. Bądź co bądź, każda kolejna próba przybliżała mnie do owych zaczarowanych 120 godz. Przypomnę, że w czerwcu osiągnąłem wynik ~125 godz. Sto dwudziesta godzina zastała mnie 20 km przed końcem trasy.
Tym razem moja prośba o zezwolenie na przejście plażą terenu usteckiego poligonu spotkała się z kategoryczną odmową Komendanta CPSP z uwagi na prace przy umacnianiu brzegu prowadzone przez firmę "Budimex". Oznacza to nadłożenie kilku kilometrów podczas obchodzenia poligonu szosami. Dni są krótsze, co wiązać się będzie z intensywniejszą eksploatacją mojej czołówki podczas nocnych przemarszów. Wyruszam w piątek 29. sierpnia, a zatem trzy pierwsze dni wyprawy przypadną na końcówkę sezonu, co ma tę zaletę, że sklepy i restauracje czynne będą do późnych godzin wieczornych i nie będę musiał godzinami taszczyć zapasu wody na ranny posiłek, tudzież kłaść się spać "na głodzie", bo właśnie przed chwilą zamknięto mi restaurację, w której zamierzałem się posilić. W tym czasie powinienem dotrzeć w okolice Rowów. Szkoda tylko, że towarzyszący mi nocami księżyc będzie w pierwszej kwadrze. Lubię nocne przechadzki przy jego blasku. Jak dotąd dużą niewiadomą jest pogoda, ale ostatnie prognozy nastrajają mnie umiarkowanie optymistycznie. Biorąc pod uwagę powyższe za i przeciw, myślę że nie powinno być gorzej niż w czerwcu.
Po piętach depcze mi Pan Tomasz Borko, który - zainspirowany moimi zmaganiami z czasem i przestrzenią - wyrusza tą samą trasą i z tym samym celem: Świnoujście - Hel w 120 godzin, w połowie września wraz z przyjaciółmi. Zapraszam do lektury sprawozdań z poszczególnych etapów wyprawy zamieszczanych na niniejszym blogu oraz do fanpage'a "Road to Hel" na pewnym, znanym portalu społecznościowym i trzymania kciuków za powodzenie wyprawy.
Pozdrawiam serdecznie :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)