poniedziałek, 2 czerwca 2014

ETAP III 01.06.2014 r. Łazy - Ustka (58 km)

Nic nie zapowiadało nocnych tarapatów. Łazy opuściłem około dziewiątej. Plaża, zwykle trudna do przebrnięcia, tym razem była mi przychylna. Za to plaża między Dąbkami a Darłówkiem jak zwykle stanowiła koszmar dla piechura. Z Darłówka do Jarosławca przeszedłem częściowo plażą a następnie ścieżką rowerową równoległą do wybrzeża. W Jarosławcu przeprowadziłem bilans czasu i trasy,  z którego wynikało co następuje : połowa trasy wypadła na wysokości stojanki wschodniej Drogowego Odcinka Lotniskowego Jarosławiec, które to miejsce osiągnąłem na 10 minut przed połową planowanego czasu, czyli praktycznie zgodnie z harmonogramem. Na teren poligonu CPSP Ustka wkroczyłem około 20., a opuściłem go 10 minut przed północą. Następnym punktem orientacyjnym było stare, poniemieckie tzw. "trzecie molo", za którym po około pięciuset metrach należało wyjść w głąb lądu aby ruszyć w stronę mostu na Słupi. I tu zaczął się problem. Wyszedłem wspomnianym wejściem, ale zamiast wyboistej drogi, która prowadziła przez stary park natrafiłem na nową, elegancką ścieżkę rowerową wybudowaną dzięki opłatom klimatycznym wnoszonym przez kuracjuszy. Sądziłem, że ścieżka ta dublowała starą dróżkę. Mój niepokój wzbudził fakt, że ścieżka rowerowa kończyła się przejściem przez tory kolejowe, których wcześniej nigdy nie przekraczałem. Było już po pierwszej w nocy. Otoczenie w którym się znalazłem było mi kompletnie nieznane. Próbowałem pokręcić się po okolicy, aby trafić na jakiś znajomy obiekt. Nic nie znalazłem. Z uwagi na późną godzinę osiedle mieszkaniowe na którym się znalazłem było jak wymarłe. Nie było jak zasięgnąć języka, żadnej żywej duszy w okolicy. Ucieszyłem się na widok nadjeżdżającego samochodu, ale kierowca widząc jak się cieszę wdepnął na hamulec i odjechał na wstecznym. Pewnie myślał, że chcę się z nim zabrać z całym swoim majdanem. Sytuacja zaczęła mnie przerastać. Sam, zmęczony, zziębnięty w nieznanym otoczeniu i nie ma kogo zapytać o drogę. W odruchu desperacji wybrałem numer alarmowy 112. Zgłosił się uprzejmy pan, któremu wyłuszczyłem moją nietypową sytuację. Okazało się, że pan nie zna topografii Ustki, ponieważ dodzwoniłem się na numer alarmowy w Gdańsku, zaproponował jednak, że przełączy mnie na numer 997 w Ustce. Oficer dyżurny z Ustki nie miał żadnych zastrzeżeń co do rangi mojego problemu i udzielił mi precyzyjnych wskazówek jak dotrzeć do mostu. Zaproponował nawet podesłanie radiowozu, ale nie skorzystałem. Po pół godzinie, kiedy byłem już po drugiej stronie rzeki zadzwonił mój telefon. To dzwonił oficer dyżurny z Ustki, aby upewnić się czy znalazłem drogę. Jestem zbudowany taką postawą pracowników służb policji i tą drogą składam temu panu jeszcze raz gorące podziękowanie. Całe to zamieszanie spowodowało, że straciłem ze dwie godziny i sporo niepotrzebnie zrobionych kilometrów. W związku z tym musiałem zrewidować swoje plany (zamierzałem dotrzeć w okolice Poddąbia) i udałem się na spoczynek mniej więcej w połowie drogi między Ustką a Orzechowem. Gdy kładłem się spać była 4:30.

niedziela, 1 czerwca 2014

ETAP II 31.05.2014 r. Mrzeżyno - Łazy (61 km)

Pałer z jakim napierałem dnia poprzedniego, gdzieś się ulotnił. Szedłem raczej z poczucia obowiązku bez tej euforii, jaka towarzyszyła mi wczoraj. Wyruszyłem o 8:45. Pochmurne początkowo niebo szybko się rozjaśniło i tak już było do końca dnia. Do Kołobrzegu doszedłem ścieżkami rowerowymi, a następnie do Sarbinowa plażą. Z Sarbinowa do Chłopów lądem, a dalej do Mielna leśną ścieżką rowerową. Było już po zmroku, gdy w lesie natknąłem się na dwie zbłąkane młode mieszkanki Mielna, które straciły orientację w ciemnym lesie po tym, jak po zachodzie słońca nad morzem próbowały skrócić sobie drogę przez las. Na szczęście trafiły na odpowiedniego przewodnika. Było już po 22 gdy przemierzałem Mielno. Nocny przemarsz starszego gościa z plecakiem i kijkami przez rozbawione, nocne Mielno z soboty na niedzielę musiał na niektórych sprawić wrażenie sportu ekstremalnego. Na szczęście obyło się bez żadnych incydentów. Byłem już mocno zmęczony i gdyby nie to, że umówiłem się na nocleg w Łazach w moim ulubionym pensjonacie klepnąłbym się spać w okolicach Kanału Jamneńskiego. Do Łazów dotarłem o 1:25. Resztkami sił wziąłem prysznic i przeprałem jedną parę skarpetek, na drugą sił nie starczyło.

sobota, 31 maja 2014

ETAP I 30.05.2014 r. Świnoujście - Mrzeżyno (74 km)

Pogoda spłatała mi radosnego figla. Po huraganowym wschodnim wietrze, który wiał jeszcze dwa dni temu, pozostało tylko wspomnienie. Jak zwykle wyruszyłem spod przeprawy promowej o 6:15. Od samego początku towarzyszyło mi słońce i delikatny wietrzyk wiejący mi w plecy. Pierwsze 50 km pokonałem "na lekko" tylko z plecaczkiem szturmowym. Właściwy plecak z resztą niezbędnych w dalszej wędrówce rzeczy czekał na mnie w Pustkowie w zaprzyjaźnionym pensjonacie. Dzień zakończyłem mocnym, nocnym akordem pokonując trasę Pogorzelica - Mrzeżyno w nieco ponad 2 godziny. Położyłem się spać zdrowo po drugiej, mniej więcej w połowie drogi między Mrzeżynem a Rogowem.
Port w Mrzeżynie, piękny widok na zakończenie ciężkiego dnia.

środa, 28 maja 2014

Cel-Hel w 120 godzin (do trzech razy sztuka)

Cóż mam napisać? Rok minął niepostrzeżenie i znów przyjdzie mi stawić czoła nadbałtyckiej czasoprzestrzeni. Nowym czytelnikom wyjaśniam, ze już po raz trzeci zamierzam pokonać pieszo trasę ze Świnoujścia do Helu w czasie nie przekraczającym 120 godzin. Ostatnim razem, właśnie przed rokiem, zabrakło mi to tego celu o niespełna 13 godzin. Tym razem moje szanse na sukces nieco wzrosły, albowiem otrzymałem zezwolenie na przejście plażą terenu Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce. Pozwoli mi to skrócić trasę o około 6 km. W związku z tym zezwoleniem wyruszam w drogę 30 maja w piątek, ponieważ zgoda na przemarsz dotyczy tylko dnia 1 czerwca, czyli trzeciego dnia wędrówki. Moje szczęście nie jest niestety kompletne, ponieważ niedawno oddana do użytku kładka uchylna w porcie w Ustce, która eliminuje wyprawę w głąb lądu w celu przejścia mostem nad Słupią, do końca czerwca została zamknięta w związku z remontem nabrzeża, które ucierpiało w czasie zeszłorocznych, jesiennych sztormów. Byłyby to ze dwa kolejne kilometry do przodu, ale nie ma co wybrzydzać.
Aby ułatwić sobie trudy przejścia, postanowiłem zminimalizować ciężar przenoszonego ładunku, ograniczając się tylko do rzeczy naprawdę niezbędnych. Inne, które będą potrzebne mi później w Helu czy w Piaskach, o które nie mógłbym zahaczyć, nadałem pocztą na Poste Restante w Helu. Pozwoliło mi to zmniejszyć ciężar ładunku o dobre półtora kg. Czuję się dosyć pewnie, aczkolwiek obawiam się trochę o pogodę, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko.
W miarę możliwości będę relacjonował co się ze mną dzieje w niniejszym blogu oraz na Facebooku na stronie: Road to Hel .   Dziękuję za uwagę.

wtorek, 4 czerwca 2013

Podsumowanie

Aby docenić życie należycie, musi ono niekiedy zaboleć. Kreślę te słowa w barze "Hello" u Irka,  popijając bursztynowy napój i rozkoszując się widokiem na Zatokę Gdańską skąpaną w ciepłych promieniach słońca wbrew burzowym prognozom pogody. Tym razem odczuwam satysfakcję z wyniku. Wprawdzie cel 120 godz. nie został osiągnięty, ale te 133 godz., to też nie w kij dmuchał. Jak wspominałem wcześniej, 120. godz. zastała mnie we Władysławowie. Stamtąd, gdybym był wypoczęty, droga do Helu zajęłaby mi około 7-8 godz., to dałoby łącznie około 128 godzin. Pytanie brzmi: jak zorganizować trasę, aby te brakujące 8 godzin zmieścić w tytułowych stu dwudziestu. Dzieląc 8 przez liczbę etapów otrzymujemy 96 minut na jeden etap. Niby niewiele, ale musiałoby się to odbić na czasie snu, który i tak był dla mnie zbyt krótki. Druga możliwość, niewykluczająca się z pierwszą, to szybszy marsz. Trzecia, niekolidująca z poprzednimi, rzadsze odpoczynki, ale obie te ostatnie możliwości niosą ze sobą wysokie ryzyko podminowania stóp pęcherzami. Być może profesjonalne obuwie, mam na myśli lekkie górskie buty podejściowe, pozwoliłyby to ryzyko zminimalizować. Zasadniczo, poza odcinkiem Rowy- Łeba, udało mi się uniknąć psychicznych dołów. Idąc nocą bezludnymi plażami tego odcinka nie sposób jednak nie odczuć "kosmicznego bólu ziemi". Później było już lepiej, ale co jakiś czas stawała przede mną tzw. "ściana", którą trzeba było po prostu odespać. Niemiłym zaskoczeniem była dla mnie zatrważająca liczba "bolaków", które zaczęły się namnażać już po I etapie, aby dojść do liczby około 10 na etapie ostatnim. Ostatnio problemy na taką skalę miałem przed czterema laty na pierwszej wyprawie, nie mając żadnego doświadczenia w turystyce pieszej. Wtedy było ich mniej, ale znacznie bardziej dawały się we znaki. Tym razem mimo ich horrendalnej liczby, nie sprawiały zbytniego bólu, ale i nie ułatwiały marszu. Obawiając się ich eksplozji musiałem czynić częstsze postoje, aby je odpowiednio "pielęgnować". Jestem pod wielkim wrażeniem skuteczności na tego typu opresje oliwki w żelu dla dzieci firmy "Johnson & Johnson" . Stabilizuje ona już istniejące, a niekiedy wręcz unicestwia świeżo powstałe pęcherze. Pęcherze na dłoniach od kijków były pod kontrolą i nie sprawiały problemów. Ponad 95% trasy pokonałem posiłkując się kijkami "Nordic Walking". Bez nich wynik byłby gorszy o co najmniej 24 godz., taka jest ich potęga. Konkluzja jest taka: wyżej nerek pan nie podskoczysz, trza było po prostu szybciej iść, zainwestować w prawdziwe buty i nie oszczędzać zanadto czasu kosztem snu, bo tej potrzeby mój organizm nie jest w stanie oszukać. Gdybym miał ze 30 lat mniej na karku te 120 godz. bym wyrobił, ale teraz tak lekko już nie jest. Dziękuję za uwagę wszystkim czytelnikom niniejszego bloga, dziękuję za "lajki" na Facebooku, a zwłaszcza tym, którzy trzymali za mnie kciuki. Przede mną wyprawa przez Mierzeję Wiślaną z Mikoszewa do Piasków. Tam kilkudniowy pobyt, aby uzbierać parę kilo bursztynów, a następnie powrót z Helu już w trybie czysto rekreacyjnym. Z rekordami dam sobie spokój co najmniej na rok. Ponieważ na początku było o życiu, o życiu też zakończę. Na pytanie "jak żyć" - ostatnio często stawiane zwłaszcza naszemu premierowi - prawidłowa odpowiedź, nieco wymijająca, brzmi: ale czyja ?

niedziela, 2 czerwca 2013

ETAP V 31.05 - 01.06.2013 178. kilometr wybrzeża - Hel (89 km)

Świecące do tej pory słońce zasłoniła mgła, która utrzymywała się do późnych godzin popołudniowych. Do Stilo doszedłem plażą. Dalej w ten sposób iść się nie dało, ponieważ morze rozbryzgiwało swoje fale o zdewastowany brzeg. W dalszą drogę udałem się całkiem wygodną, leśną drogą pożarową, która zawiodła mnie do Lubiatowa. Tam - ku mojej radości - kazało się, że tuż przy plaży otwarte były trzy restauracje. Skonsumowałem więc rybne danie. Na drogę zakupiłem Coca-Colę, Red Bulla i dwa wafelki. Red Bulla wymieszałem z Coca-Colą, co w założeniu miało mnie uchronić od ataków Morfeusza. Z Lubiatowa podążyłem w dalszą drogę, minąłem Białogórę, Dębki i o 2:15 poprzez kanał Karwianka wkroczyłem do Karwi. Tam krótki postój na opatrzenie stóp i o 2:50 w dalszą drogę. O 3:15 mijam tablicę "Jastrzębia Góra wita". Noc jest ciepła i księżycowa. Okoliczny las kusi, postanawiam jednak zajść jak najdalej w założonym czasie. O 4:10 (przypominam, że dzieje się to nad ranem) w Jastrzębiej Górze od grupy rozweselonych biesiadniczek, w jednym z czynnych jeszcze barów, otrzymuję zaproszenie "chodź na drinka". Jak widać pokusy czyhają w nieoczekiwanym czasie i nieoczekiwanych miejscach. W innych okolicznościach proszę bardzo, ale nie tym razem. Wymawiam się krótkim - nie piję ( w niektórych kręgach uchodzę za statecznego obywatela ). Wkraczam do Władysławowa. Od 5:00 lekko popaduje, a od 6:00 pada gęściej. Na wylocie z Władysławowa chronię się przed deszczem pod parasolem nieczynnego jeszcze baru. I wtedy rozpadało się na dobre, iść dalej nie było sposób. Jestem wręcz załamany i usilnie rozważam co począć dalej. Czy wynająć pokój we Władysławowie, bo deszcz przerodził się, moim zdaniem, w opad ciągły, czy iść dalej do Chałup i tam rozważać inne warianty. W pewnym momencie deszcz zelżał, wyruszyłem więc w drogę, ale znowu opanowała mnie senność. O 7:15  opuściłem Władysławowo i po kilkuset metrach ujrzałem dogodne miejsce do rozbicia namiotu. Od strony Zatoki Puckiej w pięknym, typowo helskim lesie rozłożyłem się aby się zdrzemnąć. Miejsce to było jednym z najbardziej uroczych w jakich przyszło mi biwakować. I pomyśleć, że w odległości kilkuset metrów funkcjonują "Biedronka", "Lidl" i stacja "Statoil". Gdy się obudziłem zobaczyłem, że w międzyczasie dokonał się cud. Po deszczu ani śladu, a słońce radośnie hula po niebie. Ponownie więc wyruszyłem w drogę, jest pól do jedenastej. Odcinek Władysławowo-Kuźnica pokonałem jednym szusem w niespełna dwie godziny. Po postoju w Kuźnicy siły mnie nieco opuściły, ale dotarłem jeszcze za Jastarnię. Tam zmuszony byłem poleżeć pół godziny w lesie, aby nabrać sił przed decydującym szturmem. Droga od Juraty do Helu wzdłuż ścieżki rowerowej jest moim zdaniem jedną z najnudniejszych i najbardziej wyczerpujących. Ciągnie się niemożliwie. Wielce utrudzony o godzinie 19:01 melduję się na helskiej plaży przy legendarnym wejściu oznaczonym magicznym numerem 66. Tak więc, pokonanie całej trasy zajęło mi 132 godziny i trzy kwadranse, a więc o 12 i 3/4 godziny więcej niż zakładał plan. Sto dwudziesta godzina zastała mnie we Władysławowie w okolicach ( nomen omen) cmentarza  przy ulicy Żeromskiego, czyli już  po ptokach. Na tym kończę relację z wyprawy. Zapraszam do przeczytania podsumowania, które ukaże się na niniejszym blogu za kilka dni.

piątek, 31 maja 2013

ETAP IV 30-31.05.2013 r. Korlino - Łeba - 178. kilometr wybrzeża ( 78 km )

Noc minęła spokojnie, mimo bliskości drogi nikt mnie nie niepokoił. Wyruszyłem o 10:15. Pogoda zapowiadała się znakomita, posmarowałem nawet ramiona kremem przeciwsłonecznym. Mimo święta ruch na szosach przybierał na sile. Właśnie z powodu święta nie miałem gdzie uzupełnić zapasu wody. Spróbowałem więc u jednego z gospodarzy w Zaleskiem i otrzymałem pół litra mieszanki wody przegotowanej i tej z kranu. W Duninowie, gdy przepakowywałem się na przystanku autobusowym, przysiadł się w tym samym celu około siedemdziesięcioletni rowerzysta. Okazało się, że jest Niemcem, a co ważniejsze jedzie ze Świnoujścia poprzez Hel do Gdańska. Pogawędziliśmy chwilę, a następnie każdy ruszył na swoim wehikule w kierunku Ustki. Zapytany wcześniej rowerzysta powiedział że jest w trasie również czwarty dzień. Później spotkałem go raz jeszcze, gdy opuszczałem Rowy. Rogatki Ustki minąłem o 14:15. W Ustce poczyniłem niezbędne zakupy i przed 15:00 wyruszyłem  plażą w kierunku Rowów. Pogoda nad morzem zmusiła mnie do założenia kurtki, pod nią polara, a na głowę wełnianej opaski. Spowodował to przenikliwy, zimny wiatr wiejący mi w twarz. Do Rowów dotarłem po 19:00, zjadłem na obiad dorsza w smażalni "U Juliusza" i poczyniłem kolejne niezbędne zakupy. Opuściłem Rowy o 20:40 i tuż za Rowami prawie wpadłem na wypoczywającą fokę. Ta spłoszyła się i uciekła do wody. Był to jedyny ssak, jakiego spotkałem na odcinku 34 km bezludnej plaży pomiędzy Rowami i Łebą. Droga do Czołpina zajęła mi więcej czasu niż oczekiwałem po tej plaży. Czasami bywa ona gładka i twarda jak powierzchnie słonych jezior, na których bite są samochodowe rekordy prędkości, ale nie tym razem. W pobliżu Czołpina zaczął dawać o sobie znać brak dostatecznej ilości snu. Zmuszony byłem zdrzemnąć się choć godzinkę, co też uczyniłem w lasku przy wejściu prowadzącym do latarni morskiej. W sumie postój zajął mi prawie trzy godziny i tu zaczął się sypać mój harmonogram trasy. Sen był kiepskiej jakości i nie chciało mi się później wygramolić z rozgrzanego śpiwora. Odpoczynek nie na wiele się zdał. Już po niespełna dwóch godzinach napady senności powróciły. W pewnym momencie chyba zasnąłem idąc, bo nagle ujrzałem zbliżający się piasek plaży i tylko cudem udało mi się uniknąć upadku. Zrobiłem później jeszcze jeden krótki odpoczynek próbując zasnąć i do Łeby dotarłem już drogą prowadząca od poniemieckiej wyrzutni rakiet. Przekroczyłem Łebę ( rzekę ) o 9:00 , poczyniłem zakupy i po 10:00 wyruszyłem plażą w dalszą drogę. Kolejny atak senności dopadł mnie dokładnie w tym samym miejscu co przed rokiem - na 178 kilometrze wybrzeża. Drzemka trwała około dwóch godzin i, mam wrażenie, że tym razem mnie wzmocniła. Krótko przed 15:00 wyruszyłem dalej.

czwartek, 30 maja 2013

ETAP III 29.05.2013 r. Chłopy - Korlino ( 59 km )

Spod 16. południka wyruszyłem o 10:15. Po drodze napotkałem trzy trudne odcinki. Jak zwykle od Łazów do Kanału Szczuczego bardzo kopna plaża, takoż od Dąbek do Darłówka. W Darłówku dopadła mnie intensywna, ale na szczęście krótkotrwała burza. I następna tragedia : odcinek od Darłówka do Wicia. Odcinek ten jest polem prac budowlanych związanych z modernizacją umocnień przeciwsztormowych. Od strony Darłówka ścieżka rowerowa wiodąca groblą była zagrodzona bramą. Podczas forsowania tej przeszkody rozdarłem sobie na plecach kurtkę, a dalej wcale nie było lepiej. Grobla była rozkopana i trudna do przejścia, a plaża była chyba w jeszcze gorszym stanie - zryta gąsienicami ciężkiego sprzętu. W Jarosławcu stawiłem się już po północy, a po 1:00 wyruszyłem w kierunku Ustki. Pierwszy odpoczynek zrobiłem w Korlinie. Dalej bym nie zaszedł, ponieważ kończyła mi się woda. Jakiś kilometr za Korlinem dostrzegłem polną drogę wiodącą w kierunku obiecującego lasku. Lasek okazał się zbyt gęsty i zbyt mokry, aby rozbić w nim namiot. Rozlokowałem się na małej trawiastej polance tuż przy polnej drodze - świtało. Wstałem o 9:00, bo słońce i duchota panująca w namiocie nie pozwoliły na dłuższy wypoczynek.

środa, 29 maja 2013

ETAP II 28.05.2013 r. Pogorzelica - Chłopy ( 58 km )

Wyruszyłem o 10:00. Stwierdziłem z przykrością, że na moich stopach zagościły bolaki. Na szczęście nie wyglądają na rozwojowe i staram się je dyscyplinować za pomocą oliwki dla niemowląt. Poranek był słoneczny, później chmury przeplatały się ze słońcem, a dwa razy po drodze złapał mnie lekki deszczyk. W Ustroniu Morskim zjadłem obiadokolację ( kto czytał zeszłorocznego bloga, ten wie co ). Aby znaleźć bezpieczne lokum na noc postanowiłem rozłożyć się w lesie za Chłopami. Nocowałem na wysokości 16 południka. Gdy kładłem się spać była 2:30. W nocy znów spadł deszcz, tym razem znacznie rzęsistszy. Sen przerywały mi porykiwania jakiegoś zwierza, miałem wrażenie że był to jeleń.

wtorek, 28 maja 2013

ETAP I 27.05.2013 r. Świnoujście - 3 km za Pogorzelicą ( 63 km )

Niesprzyjająca pogoda oraz alarmistyczne prognozy na najbliższe dni sprawiły, że skorygowałem plany. Zdecydowałem się wyruszyć 27 maja i okazało się to bardzo trafnym posunięciem. Wyruszyłem o 6:15 spod przeprawy promowej w Świnoujściu. Od rana towarzyszyło mi słońce, chwilami było wręcz gorąco. Gdy wyruszałem z Dziwnówka, około 16, pogoda zaczęła się zmieniać. Po słońcu pozostało tylko wspomnienie, na dodatek wypełzła mgła. W Rewalu dopadł mnie kryzys, ale mimo to zdołałem dotrzeć 3 km za Pogorzelicę. Krótko przed północą ległem.

piątek, 24 maja 2013

Cel-Hel w 120 godzin (drugie podejście)

Znów przyszedł maj, a z majem bzy...  Czas dorzucić drew do nadmorskiego pieca i piechotą, nadbałtyckimi plażami wyruszyć na spotkanie lata. Startuję 26. maja w godzinach porannych ze Świnoujścia. Tym razem zamierzam rozłożyć siły  równomierniej, wydłużając dystans etapów pod koniec wyprawy. Jak zwykle znów nie otrzymałem zgody na przejście plażą terenu poligonu pod Ustką. Odmowę pan Komendant piórem swojej rzeczniczki po raz kolejny tłumaczył troską o moje zdrowie i życie. Zastanawiam się czym akurat  moja osoba zasłużyła sobie na tak szczególną troskę. Wszak inni, w tym kilkunasto-, ba kilkudziesięcioosobowe grupy zgody takie otrzymują i rok w rok przemierzają radośnie i beztrosko tyralierą plaże poligonu nie zważając na niewybuchy, niewypały i inne tego typu drobne niedogodności, i nawet pies z kulawą nogą nie upomni się o ich bezpieczeństwo. A ja, okrążając teren poligonu ruchliwymi  szosami, będę naprawdę narażał życie uskakując przed szybkimi samochodami prowadzonymi przez chłopców obdarzonych ułańską fantazją, niejednokrotnie jadących na podwójnym gazie. Poza tym, taka trasa oznacza przejście dodatkowo około 6 km, co ma swoją wagę. Ale nie ma co rozdzierać szat, lekko nie było i z pewnością tym razem także nie będzie. Muszę się przyznać, że po ubiegłorocznej próbie czuję respekt przed tym wyzwaniem. Mniej więcej takie uczucie towarzyszyło mi przed pierwsza wyprawą, która miała miejsce przed czterema laty. Wtedy jednak wiązało się to z niewiadomymi, które towarzyszyły wyprawie w nieznane, teraz zaś niepokój ma źródło w tym, że już wiem czego się mogę spodziewać i czego zaznałem w czasie zeszłorocznej włóczęgi. Jak zwykle obowiązuje zminimalizowana waga ekwipunku i wiara w sprzyjający wiatr oraz dobrą pogodę. Tym razem idę bezideowo-sam dla siebie, nikogo nie wspieram i nie proszę o wsparcie ;-)    Informacja dla nowych czytelników. Trasę Świnoujście-Hel zamierzam pokonać wyłącznie pieszo w czasie 120 godzin idąc trasami dla mnie najdogodniejszymi (nie tylko plażą, ale również ścieżkami leśnymi i rowerowymi), nocując w namiocie, żywiąc się tym co zdołam upolować w smażalniach, pizzeriach itp. (nie licząc porannej, obowiązkowej zupki i kawy przygotowanych własnoręcznie) i popijając to napojami o różnych odcieniach barw bursztynu.


Jak przed rokiem zapraszam na krótkie relacje zwiastowane na Fb. Podkreślam - krótkie. Więcej będzie po powrocie, czyli w połowie czerwca.

Dziękuję za uwagę.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Suplement - Piaski




       Chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z krótkiego pobytu  w Piaskach na Mierzei Wiślanej.  Jest to najdalej na wschód położona miejscowość naszego wybrzeża Bałtyku. Najbliższa miejscowość - Krynica Morska - odległa jest o 12 km (na zachód). Na wschodzie - granica, 3,5 km od Piasków. Specyficznego, rybackiego kolorytu miejscowości dodają: przystań rybacka od strony Bałtyku oraz port rybacki od strony Zalewu Wiślanego.
Wjazd do Piasków od strony Krynicy Morskiej


Dwa sklepy i trzy restauracje wyczerpują listę atrakcji dla miłośników życia towarzyskiego, cała reszta to pensjonaty i dwa pola campingowe, nie licząc kościoła. Sklepy mają ogródki, w których legalnie można się raczyć piwem gawędząc z  tzw. miejscowymi oraz innymi amatorami odludzi. O nocnym życiu należy raczej zapomnieć.
Główna ulica
Plaże sprawiają wrażenie dzikich i bezludnych i to stanowi o ich uroku. Żadnych schodów przy wejściach na plażę, jeno piaszczyste podejścia. Wybrzeże typu wydmowego.

Główne wejście plażowe
 Miłośnicy pełnego kontaktu z naturą znajdą tu coś dla siebie  w postaci plaży naturystycznej położonej na nadbałtyckiej plaży na zachód od Piasków.

Plaża

 Atrakcjami  miejscowości są dziki i bursztyny. Dziki czują się tu jak u siebie, przemierzają stadkami ulice wsi i odwiedzają posesje.

Wizytacja pola campingowego


Czaimy się




Bursztyny zaś na plaży występują w skupiskach jeszcze liczniejszych niż dziki. Przez trzy dni mojego tam pobytu, mimo iż nie było specjalnego ich wysypu, zebrałem ćwierć kilograma.

Owoc trzydniowego trudu

Ten obraz Piasków może być mylący w sezonie. Na pewno ruch jest większy, ale pozostałe uroki miejscowości są nadal aktualne.
Port rybacki nad Zalewem Wiślanym

Przystań rybacka


Dziękuję za uwagę.  Relacjonował Piaskowy Dziadek :-)

piątek, 1 czerwca 2012

Epilog

Jak mawiała mama Forresta Gumpa  - "Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, co się trafi". W czasie wyprawy trafiały się różne czekoladki. Były zimne noce, była skopana przez konie plaża, była odmowa przejścia przez poligon, był wiatr który dął mi w twarz, były doły psychiczne w czasie nocnego przemierzania bezludnych plaż i fizyczne, krańcowe wyczerpanie, ale była też nadzieja, że się uda. Nie udało się, ale w pamięci pozostaną inne czekoladki: urzekające wschody i zachody słońca, majestatyczne piękno bezludnych plaż w okolicy Czołpina, zachodzący księżyc nad morzem w pobliżu Łeby i wiele innych zapierających dech w piersiach widoków. Po zimnych nocach przyjemnie było otworzyć oczy widząc rozświetloną słońcem powłokę namiotu i słysząc poranne ptasie pienia. W takich momentach optymizm znowu wracał. Zastanawiam się dlaczego mi się nie powiodło. Mogę pocieszać się, że nie wynik jest ważny a udział, ale pewien niedosyt pozostaje. Jeszcze w okolicach Ustki, mniej więcej w połowie trasy, byłem przekonany, że te 120 godzin obronię. Pogoda w zasadzie mi sprzyjała, mimo zimnych nocy i wiatru w twarz, było słonecznie i praktycznie poza jednym półgodzinnym epizodem między Dąbkami a Darłówkiem nie padało. Pretensję więc mogę mieć tylko do siebie. Później jednak zmęczenie zaczęło brać górę. Zabrakło mi po prostu pary i, co tu dużo mówić, hartu ducha. Będę musiał przeanalizować trasę poszczególnych etapów, aby w przyszłym roku lepiej je dostosować do moich skromnych możliwości. Najbardziej wyczerpujące dla mnie były trasy pokonywane nocą. Myślę, że one to właśnie zbyt mocno nadszarpnęły moje siły.

Wszystkim czytelnikom mojego bloga serdecznie dziękuje za uwagę oraz sympatyczne i ciepłe komentarze, które dodawały mi otuchy.
I na zakończenie parafrazując słowa Witolda Gombrowicza z "Ferdydurke" - "Koniec i bomba, kto czytał sądząc że mi się uda, ten trąba"  :-)

czwartek, 31 maja 2012

Po wyprawie 30.05.2012 r. Hel

O godz.13:00 zostałem powitany prze sekretarza miasta Helu pana Marka Dyktę ( tu artykuł z powitania ). Porozmawialiśmy chwilę przy kawie w jego gabinecie w Urzędzie Miejskim, a następnie udaliśmy się na małą plażę , na zaimprowizowaną sesję zdjęciową. Zdjęcia robiła urocza pani fotograf. Otrzymałem w prezencie  flagę z logo portalu oraz torbę pełną różnych, przydatnych gadżetów reklamowych. Umówiliśmy się już na przyszły rok, że portal gohel.pl ( oficjalny portal miejski Helu) obejmie patronat honorowy nad kolejną wyprawą we współpracy z innymi nadmorskimi miejscowościami w celu ich promocji.
A teraz coś z zupełnie innej beczki. Uważny czytelnik spostrzegł z pewnością, że głównym składnikiem mojej diety były filety z dorsza. Biorąc pod uwagę fakt, że w czasie wyprawy schudłem ok. 5 kg wszystkim odchudzającym się polecałbym dietę dorszową. Jak widać jej efekt jest piorunujący, wychodzi 1 kg na jeden dzień.

Prowadzenie tego bloga zawdzięczam tytanicznej pracy mojej żony - Grażyny. Przez te sześć dni przegadaliśmy telefonicznie prawie 8 godzin, przy czym gadałem głównie ja, natomiast Grażyna spisywała i zamieniała na bity treść moich wynurzeń. Chciałbym również tą drogą gorąco jej podziękować i wyrazić szczere wyrazy podziwu dla jej cierpliwości i pracowitości.

Bolaki.
Jeśli chodzi o bolaki to los mi ich oszczędził. Wyrósł mi jedynie dziwny twór na wewnętrznej stronie lewej pięty, który zwykle tam powstawał w czasie moich poprzednich wypraw. Nie był to klasyczny pęcherz, ale jakaś dziwna narośl, która jednak specjalnie nie utrudniała mi ruchów. Za to powstało kilka drobnych pęcherzyków na rękach, albowiem 90 procent trasy przemierzyłem posługując się kijkami Nordic Walking.

środa, 30 maja 2012

Etap VI 29.05.2012 r. Jastrzębia Góra - Hel ( 43 km )

Obudziłem się o 7:15. Było mgliście i pochmurno. W drogę wyruszyłem o 8:30. Po drodze do Władysławowa zgubiłem gumową stópkę od kijka, a dalsza droga bez użycia kijków byłaby znacznie trudniejsza. Udało mi się kupić nowe stópki we Władysławowie, dalej więc pomknąłem już chyżo. Władysławowo opuściłem przed godz.12:00. W Chałupach zatrzymałem się na posiłek, którym był... i tu zagadka, tak macie rację - był to filet z dorsza. Trasę do samego Helu pokonałem piękną ścieżka rowerową wiodącą wzdłuż Zatoki Puckiej. Granicę administracyjną Helu wytyczoną tablicą z odpowiednim napisem osiągnąłem o godz.17:30. I ten moment uznaję za osiągnięcie celu mojej eskapady. W samym Helu zjawiłem się o 20:00 w mojej stałej tamtejszej kwaterze u pani Ryty przy ulicy Rybackiej.

wtorek, 29 maja 2012

Etap V 28.05.2012 r. Łeba - Jastrzębia Góra ( 42 km )

Na wspomnianym skrawku piasku rozłożyłem karimatę, położyłem się, nogi wsunąłem do śpiwora, a resztą śpiwora przykryłem się jak kołdrą. Początkowo chłód nie pozwalał mi zasnąć, ale gdy tylko słońce oświetliło moje legowisko sen przyszedł razem z nim. Drzemka planowana na około pół godziny trwała ponad cztery. Zmęczenie robi jednak swoje. I to definitywnie pogrążyło próbę osiągnięcia jakiegoś przyzwoitego czasu wędrówki. Pogodzony z losem pobieżnie się oporządziłem i ruszyłem w drogę. Pogoda dalej piękna, i co ważniejsze, wiatr zmienił kierunek i wieje teraz w plecy. Szkoda że dopiero teraz. Powędrowałem wyludnionymi plażami w stronę Dębek gdzie wyszedłem w głąb lądu aby zjeść obiad, na który składał się tym razem łosoś z frytkami i surówkami. Smażalnia nazywała się "Grube ryby u Grubego". Wszystko się zgadzało, ale najbardziej w odniesieniu do frytek, których nałożono mi tyle, że ledwie je spożyłem. Z Dębek dotarłem do Karwi i właśnie na tym odcinku minęła 120 godzina mojej wyprawy. Początkowo miałem zamiar iść do upadłego, ale po zapadnięciu zmroku w okolicach Jastrzębiej Góry doszedłem do wniosku, że już nie ma sensu wypruwać z siebie żył, bo porażka pozostanie i tak porażką. Rozlokowałem się więc w lesie nieopodal Jastrzębiej Góry, aby rano wyruszyć w drogę w trybie już zupełnie rekreacyjnym.

poniedziałek, 28 maja 2012

Etap IV 27.05.2012 r. Ustka - wschodnie przedpole Łeby ( 58 km )

Kiedy szedłem spać świtało. Nocowałem kilka kilometrów na zachód od Ustki, w pobliżu poligonu. Wyruszyłem o 10:00, przeszedłem przez Ustkę i na końcu miejscowości zjadłem śniadanie. Był to filet z dorsza i do tego, z uwagi na wczesną porę dnia, wyjątkowo kawa. Po śniadaniu udałem się plażą w kierunku Rowów. Pogoda bardzo ładna, słoneczna, tyle że w dalszym ciągu chłodno. Wiatr ze wschodu zmienił się w przyjemny zefirek. Do Rowów dotarłem po 17:00. Tam zjadłem filet z dorsza, tym razem na obiad. Trochę czasu zmarnowałem w poszukiwaniu otwartego sklepu, bo przez kilkadziesiąt  najbliższych  kilometrów nie mógłbym uzupełnić zapasów. O 18:30  opuściłem Rowy. Odcinek do wydmy Czołpińskiej pokonałem jeszcze dość żwawo. Później zacząłem się zastanawiać czy mam jeszcze jakiekolwiek szanse na zmieszczenie się w wyznaczonym przez siebie czasie. Po kilku podstawowych działaniach arytmetycznych doszedłem do wniosku, że nijak, ale to nijak w tym czasie się nie zmieszczę. Musiałbym iść przez najbliższe 24 godziny bez przerwy z prędkością przekraczającą moje możliwości. Z taką prędkością to ja mogę ujść 2 lub 3 godziny, a potem muszę pauzować. Rozważania powyższe doprowadziły do tego, że kompletnie uszło ze mnie powietrze. Pogodziłem się z tym czego nie mogę zmienić, ale postanowiłem iść dalej, bo nazwa mojego blogu Cel-Hel zobowiązuje, mimo ze 120 godzin chwilowo jest nieaktualne. Noc była znowu bardzo zimna, mój termometr pokazywał 9 stopni, ale na szczęście wiatr zelżał. Szło mi się coraz trudniej. Światła portu w Łebie zdawały się nie przybliżać mimo upływu godzin. W końcu osiągnąłem Łebę. O godz. 3:15 przekroczyłem most na rzece Łebie. Przekroczyłem to mocno powiedziane, powinno być raczej przepełznąłem, bo mój krok przypominał ruchy tytułowych bohaterów filmu "Noc żywych trupów". Zapomniałem dodać, że krótko przed Łebą doznałem gwałtownego napadu senności, był on do tego stopnia silny, że mimo panującego chłodu próbowałem położyć się na plaży i zasnąć. Jednak zasnąć nie dawały mi pulsujące ogniście stopy uwięzione w butach. Gdy zdjąłem buty zimno nie pozwoliło mi zasnąć. Do Łeby dotarłem w sam raz, aby nacieszyć oko widokiem wschodzącego słońca. Po krótkim odpoczynku udałem się na wschód, żeby znaleźć jakiekolwiek spokojne miejsce, gdzie mógłbym się zdrzemnąć. Znalazłem takie na 178 kilometrze wybrzeża, małą piaszczystą łachę za wydmami.

niedziela, 27 maja 2012

Etap III 26.05.2012 r. Kanał Jamneński - Ustka (59 km)

Kolejna noc minęła spokojnie. Dramat rozpoczął się o poranku. Po śniadaniu wypakowałem wszystko z namiotu, aby go wytrzepać i złożyć. Wśród szpargałów wyjąłem również moją latarkę-czołówkę. Pamiętam to doskonale. Po złożeniu namiotu i spakowaniu rzeczy zauważyłem brak tejże czołówki. Rozpocząłem nerwowe poszukiwania, niestety zakończone fiaskiem. Nie mogłem wprost uwierzyć. Rozpakowałem rzeczy i przeszukałem cały plecak, ale czołówki tam nie znalazłem. Zacząłem ponowne poszukiwania w terenie.Czołgałem się z nosem przy ziemi, ale czołówki nadal tam nie było. Uświadomiłem sobie, że to już koniec mojej próby pobicia rekordu. Zadzwoniłem do żony, aby ją poinformować o sytuacji i szukać wsparcia. Żona zaproponowała aby ponownie przeszukać plecak, co też uczyniłem, również z wynikiem negatywnym. Im bardziej jej szukałem, tym bardziej jej nie było. Siedziałem zrozpaczony, w odruchu desperacji odchyliłem kapelusz przytroczony do plecaka. W kapeluszu była ona - czołówka uciekinierka. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak ona się tam znalazła skoro położyłem ją na trawie, ale niezbadane są ścieżki Pana. Na poszukiwania zmitrężyłem około godziny i zamiast o 10:00 wyruszyłem o 11:00 z lekka uradowany, że to jednak jeszcze nie koniec. Po wyjściu z lasu napotkałem młodego człowieka z Nowego Dworu Gdańskiego, który pokonywał tę samą trasę, lecz traktował ją bardziej rekreacyjnie. W Łazach zjadłem drugie śniadanie i pomknąłem w kierunku Dąbek. Na trasie z Dąbek do Darłówka, kiedy odważyłem się zdjąć buty aby brodząc w wodzie dać chwilę wytchnienia umęczonym stopom zaskoczył mnie deszcz. Raczej przelotny, ale niezbyt przyjemny. Gdy dotarłem do Darłówka deszcz ustał. W Darłówku zjadłem kolację składającą się z pysznej pizzy i "Żywca", a następnie udałem się ścieżka rowerową wiodąca groblą oddzielająca jezioro Kopań od Bałtyku w kierunku Jarosławca. Po drodze musiałem toczyć mężne boje z hordami agresywnych komarów. W międzyczasie zadzwoniłem do oficera dyżurnego Centralnego Poligonu Sił Powietrznych w Ustce z pytaniem o pozwolenie na przejście terenu poligonu plażą oraz z pytaniem czy dziś odbywają się strzelania. Na pierwsze pytanie oficer odpowiedział zdecydowanie negatywnie, co do strzelań potwierdził że ich nie ma, ale poligon jako teren wojskowy jest zamknięty. Wobec takiego dictum zdecydowałem się przenocować w Jarosławcu aby wstać skoro świt i obejść poligon lądem. Niestety nie znalazłem żadnego lokum. Stoczyłem ze sobą wewnętrzny bój i najkrótszą drogą ruszyłem na wschód. Szczęśliwy, ale zmęczony o 3:50 ległem na spoczynek kilka km przed Ustką. W dalszym ciągu nie mogę nadrobić tych zaległych 12 km, ale na szczęście zaległość nie rośnie.

sobota, 26 maja 2012

Etap II 25.05.2012 r. Dźwirzyno - Kanał Jamneński (47 km)

Etap ten, z założenia ulgowy, okazał się ulgowym aż nadto, przynajmniej jeżeli chodzi o przebyte kilometry. Skończył się tym, że na ostatnich nogach doczłapałem do Kanału Jamneńskiego nie mając siły iść dalej. Miał być Kanał Szczucki, był Jamneński, a zatem 12 km w plecy. Ale kanał to kanał - sztuka jest sztuka. A teraz pokrótce jak przebiegał dzień. Noc minęła spokojnie. Spałem nie niepokojony przez funkcjonariuszy szczecińskiego Urzędu Morskiego, którym dziękuję za to i tą drogą ich serdecznie pozdrawiam. Pogoda była dokładną kopią pogody z dnia poprzedniego. Wyruszyłem o godz. 10:00 i po godzinie byłem już w Kołobrzegu. W Ustroniu Morskim posiliłem się dorszem, uzupełniłem poziom elektrolitów i zakupiłem napoje na dalszą drogę. Dalej nie działo się nic szczególnego, z wyjątkiem odcinka plaży między Mielnem a Unieściem, który był tak skopany przez konie, że iść było nie sposób. Plaża wyglądała, jakby kręcono sceny batalistyczne z użyciem kawalerii konnej, nie szczędząc przy tym dubli. W Unieściu dałem spokój i wyszedłem na szosę, aby ścieżką rowerową dotrzeć do miejsca dyslokacji. Te 12 km może zaważyć na powodzeniu całego przedsięwzięcia. Problem w tym, że jeżeli będę musiał obejść poligon lądem, nie wiem czy dam radę dojść za Ustkę, a nocleg w środku nocy, zwłaszcza w małej wiosce, trudno byłoby znaleźć.

czwartek, 24 maja 2012

Etap I Świnoujście - Dźwirzyno ( 82 km )

Wyruszyłem w środę o 20:30 ze Świnoujścia spod przeprawy promowej. Pogoda była ładna, tyle że wiał silny wiatr prosto w gębę. W nocy temperatura spadła do 10 stopni. Wschód słońca podziwiałem w Międzywodziu. Obecnie, o godz.9, jestem w Łukęcinie. W Pustkowie zamierzam zrobić 3 - godzinną przerwę między innymi na sen. Jest słonecznie, ale ciągle wieje silny wschodni wiatr.
                                                                       
W Pustkowie zdrzemnąłem się przez prawie dwie godziny korzystając z pensjonatu pani Marii, której tą drogą składam podziękowania i serdecznie pozdrawiam. Następnie udałem się do Mrzeżyna z krótkim odpoczynkiem w Pogorzelicy. W Mrzeżynie zjadłem kolację i poczyniłem niezbędne zakupy. Z Mrzeżyna pomaszerowałem plażą do Dźwirzyna, aby rozlokować się na nocleg około 2 km za miejscowością, za hotelem "Senator". W ten sposób zakończyłem pierwszy etap wyprawy, który trwał ponad 27 godz. i mierzył 82 km wg tablic kilometrażowych. Pogoda byłaby piękna, gdyby nie silny, przeszkadzający i nadmiernie chłodzący wiatr ze wschodu.